skoro czytasz ten list, jest duże prawdopodobieństwo że jestem już martwy."
Pomięta kartka odkąd tylko trafiła w moje ręce była ze mną wszędzie. To jest ostatnia rzecz jaka pozostała mi po Jasonie.
Odkąd zniknął w tajemniczych okolicznościach moje jakiekolwiek chęci do życia zostały pogrzebane. Z każdym dniem nadzieja, że jeszcze kiedyś się zobaczymy malała. Dobrze, że miałam jeszcze Emily, ale jej obecność nie sprawiała, że cierpiałam mniej. Była mi w tej chwili obojętna, ale doceniałam to, że starała się, bym nie pogrążyła się w kompletnej rozpaczy.
Życie toczyło się dalej, od tego feralnego dnia nie minęło jakoś sporo czasu, ale jak dla mnie każdy tydzień ciągnął się jak rok. Mężczyzna ciągle pojawiał się w moich snach, niemalże wszędzie widziałam jego twarz i tą zawadiacko uniesioną brew. Nie sądziłam, że jeden człowiek był w stanie tak namieszać mi w głowie. Ale pustka, którą pozostawił w moim życiu była ogromna i nikt ani nic nie było w stanie jej wypełnić. Black Wings, czyli zespół w którym Jason był liderem, też nie mógł się odnaleźć w tej sytuacji. Nie występowali prawie w ogóle, a w studiu pojawiali się sporadycznie, a każde takie spotkanie kończyło się po godzinie, bo nikt nie mógł wysiedzieć w takiej ciszy. Wszyscy uważali, że Hamilton jest duszą zespołu i bez niego to nie ma sensu.
"Odkąd tylko cię poznałem bliżej wiedziałem, że jesteś wyjątkowa. Z początku odrzucałem tą myśl od siebie, uważałem, że osoba która wyszła z takiego otoczenia nie jest odpowiednia dla ciebie. Chociaż poszedłem w inną stronę niż mój brat, Valerio, wiedziałem, że mi nie odpuści. Z mafii nie można odejść tak po prostu, nawet jeśli szefem jest twój własny brat. Robiłem co mogłem, żeby cię przed tym wszystkim chronić. Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że ktoś może cię skrzywdzić. Ale dla wrogów mojego brata byłem idealnym celem; V. jest jaki jest, ale wierzę, że zależy mu na mnie tak jak i mnie zależy na nim. Wiedzieli, że jeśli skrzywdzą osobę, na której mi zależy to złamią mnie, a to może doprowadzić do złamania Valerio. A ty, Beth... jesteś zbyt niewinna, zbyt delikatna, ten świat nie powinien ciebie dotykać.
Kiedy pierwszy raz miałaś tą niemiłą okazję poznać mojego brata nieznajomi tobie ludzie z ulicy wzięli nas do auta. Pamiętam, jak potwornie się bałaś, a ja trzymałem cię za dłoń i starałem się ciebie uspokoić. Może to nie było niesamowicie śmiertelne niebezpieczeństwo, ale bałem się co mogłoby się stać, gdyby faktycznie nam coś groziło. Wiem, jak bardzo byś cierpiała widząc moją śmierć czy inne rzeczy, o których nie chcę tu pisać.
Beth, to nie jest świat dla ciebie. Zasługujesz na wszystko co najlepsze. Żałuję, że nie byłem w stanie ci tego zapewnić. Żałuję, że nigdy nie powiedziałem ci jak cholernie cię kocham, jak cholernie chciałbym móc cię pocałować w każdej chwili kiedy byłaby na to sposobność. Ale zależy mi na twoim bezpieczeństwie. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby przeze mnie ci się coś stało Beth.
Jest wiele rzeczy, które chciałbym ci teraz napisać, ale pisanie listów pod presją czasu nie jest tym samym co pisanie piosenek z kumplami nie bojąc się o swoje życie. Brakuje mi słów, których mógłbym tutaj użyć.
Panienko Sawir, moja ukochana pani fotograf. Mam nadzieję, że twoje życie będzie takie jakie sobie wymarzyłaś. Wiem, że będzie ci ciężko beze mnie. Wiem, że najbliższy czas będzie dla ciebie cholernie trudny, ale wiem też, że dasz sobie radę. Jesteś naprawdę silną kobietą i nie zapomnij tego.
Twój na zawsze - Jason Hamilton.
P.S. Zajęłabyś się moją kotką? Jest na razie w studiu, ale wiem, że będzie jej lepiej u ciebie. Mam nadzieję, że dogada się z Chmurką i Lucky'm."
Znałam słowa tego listu chyba na pamięć. Czytałam go w każdej chwili, analizowałam każdą pojedynczą literą starając się znaleźć jakikolwiek ukryty przekaz. Za każdym razem rozczarowanie było coraz większe. Wierzyłam, że Jason nadal żyje, a sama chciałam go uratować. Nie wiedziałam jednak jak miałabym to uczynić, a tym bardziej czy w ogóle powinnam. Jeżeli Jasonowi faktycznie coś się stało, to raczej nie chciałby, żeby jego poświęcenie poszło na marne.
Życie płynęło dalej, a mi wszystko o nim przypominało. Może to był czas na zmianę miejsca zamieszkania? Ciężko było mi podjąć decyzję - zbyt kochałam to miasto, chociaż bez Jasona nie było takie samo. Ale przecież nikt nie kazał mi się wyprowadzać z Avenley River, mogłam przenieść się tylko w inną jego część. To był dobry pomysł. A jeszcze lepszym pomysłem było zaczęcie wprowadzania małych zmian.
- Emily! - wykrzyknęłam stając na przeciwko niej, kiedy ta obżerała się chrupkami na mojej kanapie. Położyłam dłonie na biodrach, ciągle dzierżąc w jednej z nich list od Jasona.
- Jezus! Jeśli masz mnie znowu opierdzielić za te okruszki to przecież wiesz, że je posprzątam.
- Sprzedaję samochody! I to mieszkanie też!
- Pojebało cię? Będziemy bezdomne!
- Przecież ty masz gdzie mieszkać - uniosłam brew w stylu Jasona.
- Tam znajdzie mnie Maggie.
- Nie możesz się wiecznie przed nią ukrywać - już widziałam jak Em chce powiedzieć, że może, ale przerwałam jej. - Na spokojnie stać mnie, żeby wziąć kredyt na kupno niewielkiego domu na przedmieściach, a jak sprzedam to mieszkanie to na spokojnie jakoś to wszystko poogarniam. Dwóch samochodów nie potrzebuję, a w sumie coś nowego mogłoby zagościć u mnie w garażu. Białe auta za szybko się brudzą.
- Jak chcesz Beth - westchnęła Em. - To może ja swoje mieszkanie też sprzedam i zamieszkam u ciebie tak już wiesz, na legalu?
- Zastanowię się. Na razie umów mnie na przegląd audi, najlepiej na dzisiaj, a ja jadę ją umyć. Ostatnio wszystko jakoś tak zaniedbałam.
Jak powiedziałam tak zrobiłam. Mimo niekorzystania z prysznica przez ostatnie kilka dni wskoczyłam w jakieś czyste ubrania, popsikałam włosy suchym szamponem i chwilę później stałam w windzie zjeżdżając na sam dół, wprost do podziemnego garażu. Niespecjalnie dużo jeździłam ostatnio, ale na samochodzie było widać sporo śladów kilkutygodniowego kurzu, błota i kilku ptasich kup. Kto wymyślił parkingi pod drzewami?
- Beth, przegląd masz na 15:30, adres wyślę ci zaraz smsem - odezwał się w słuchawce głos mojej samozwańczej współlokatorki.
- Dziękuję, że mogę na ciebie liczyć - uśmiechnęłam się do słuchawki i rozlaczylam się.
Warsztat znajdował się niemalże na drugim końcu Avenley River, więc potrzebowałam trochę czasu by tam dojechać. Chociaż moje serce w tamtej chwili płakało, wiedziałam, że muszę się postarać dla Jasona. Było to cholernie trudne, ale z mafią nie ma żartów.
W drodze na przegląd raz na jakiś czas przez moją głowę przechodziły czarne myśli - a co, jeśli Jason napisał to bo znalazł miłość życia i uciekł gdzieś, gdzie go nie znajdę? A co jeśli miał depresję i po prostu się powiesił, ale nie chciał by to tak wyglądało? Gryzłam się w wargę, by się nie rozpłakać. Czekał mnie naprawdę ciężki okres w życiu, a ja nie wiedziałam, czy dam sobie radę. Próbowałam ślepo w to wierzyć, ale to było cholernie trudne.
- Dla Jasona - wyszeptałam, skręcając w drogę, przy której mieścił się warsztat.
Nim wyszłam z samochodu przejrzałam się w lusterku. Wyglądałam jak zombie, a mojej halloweenowej stylizacji uroku dodała nabrzmiała od krwi, lekko przegryziona dolna warga. W tamtej chwili było mi wszystko jedno jak wyglądam.
- Dzień dobry, nazywam się Elizabeth Sawir, byłam umówiona na przegląd, moja koleżanka dzwoniła - powiedziałam wszystko dość szybko, mając nadzieję, że mężczyzna zrozumiał cokolwiek z mojego słowotoku.
- Tak, tak, zgadza się - odezwał się mechanik. - Pozwoli pani, że wprowadzę samochód do środka?
Kiwnęłam nieśmiało głową i podałam mu do ręki klucze wraz z pomietym listem od Jasona. Przez chwilę staliśmy nieruchomo, a kiedy spostrzegłam co znajduje się w jego dłoni szybko zabrałam kartkę. Zaczerwieniłam się z zawstydzenia i wydukałam krótkie przepraszam.
Audi po chwili znalazła się w środku, a ja niespecjalnie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Oparłam się o ścianę i założyłam ręce na piersiach. Panowała niezręczna cisza, a złe myśli krążyły po moim ciele. W tamtej chwili ciężko było mi się nie rozpłakać.
- Wie pan, chcę sprzedać ten samochód, więc zależy mi żeby pan sprawdził wszystko - powiedziałam. - Jakieś pół roku temu było wymieniane coś, jakiś... alternator? Akumulator? Nie pamiętam co dokładnie to było, ale od tamtej pory żadnych problemów nie miałam.
W odpowiedzi dostałam dalej trwającą ciszę. Spojrzałam się w sufit, a po chwili na swojej nodze poczułam coś mokrego. Podskoczyłam w miejscu jak oparzona, chociaż niepotrzebnie - przede mną stał pies, rasowo przypominającego pitbulla. Ostrożnie wystawiłam rękę do zwierzęcia dając ją obwąchać. Kiedy na szczęście nie zostałam ugryziona powoli kucnęłam i zaczęłam głaskać pieska.
- Przestraszyłeś mnie trochę - powiedziałam cicho. - Ale ty ładny jesteś.
Jake?