Jake c.d. Beth
Beth c.d. Jake
Droga z pomieszczenia jeden, które mogło być biurem jakiegoś pod-szefa (nie wyglądało wystarczająco... brutalnie (?), żeby móc określić je jako należące do głównego szefa), do, jak się okazało, piwnicy trwała trzydzieści osiem sekund, pewnie gdyby pozwolono mi iść na własnych nogach zeszłoby około pięćdziesiąt. Jeszcze tylko kilka stopni i nawet nie zauważyłam, kiedy zostałam zrzucona na wilgotną podłogę, a moja prawa ręka została przykuta do jakiejś rzeczy, ciężko mi w tym półmroku było określić co to dokładnie było.
- To teraz tu sobie posiedzisz chwilę, zanim twój kochaś tu przyjedzie - zarechotał jeden z mężczyzn.
- Jak dobrze pójdzie, to pojawi się tu w przeciągu dwóch godzin - zawtórował mu śmiechem drugi.
- To nie jest mój.. - odpowiedziałam cicho.
- Morda! Możesz się odzywać tylko wtedy, gdy o tym zadecydujemy - ten, który stał bliżej mnie dłonią mocno objął moją szyję uniemożliwiając mi wzięcie pełnego oddechu. Wolną ręką uderzyłam w jego rękę, ale ten nawet nie myślał mnie puścić. - Waleczna. W łóżku też tak będziesz walczyć?
Uścisk na szyi się zwolnił, a ja bezwładnie opadłam na podłoże i dopiero po krótkiej chwili dotarło do mnie, po co tu tak naprawdę jestem.
Oni chcieli mnie zabić. I Jake'a też. Ale zanim do tego miałoby dojść planowali nas torturować, złamać, upokorzyć. Chcieli, byśmy swoimi życiami zapłacili za życia tych, których zabiłam.
Ja pierdole Beth. Zapamiętaj, nigdy więcej nie wybieraj się do mechaników wybranych przez Emily. O ile przeżyję, co było bardzo mało prawdopodobne.
Chociaż było to trudne, poniekąd pogodziłam się ze swoim losem. Śmierć przychodzi prędzej, czy później, co prawda w moim przypadku będzie akurat ta pierwsza opcja, ale musimy być na nią przygotowani. Korzystając z tego, że i tak byłam zmuszona tu siedzieć, dokonałam retrospekcji całego swojego nędznego życia.
Ja, Elizabeth Sawir, nigdy nie miałam chłopaka i nigdy nie uprawiałam seksu.
Jedyny całus jaki otrzymałam od drugiego mężczyzny, który nie był moim ojcem, należał do ojca panny młodej, który wypił za dużo alkoholu.
Pracę miałam satysfakcjonującą, mieszkanie ładne, zdrowa byłam, zwierzęta też się dobrze trzymały.
Pod koniec życia za bardzo nagrzeszyłam, zabiłam dwóch bogu ducha winnych mężczyzn, chociaż jak na tym dłużej się zastanawiam chyba jednak nie byli najgrzeczniejsi, a Mikołaj w tym roku na pewno nie przyniósł im prezentów.
Śmierć w tym przypadku będzie całkiem pozytywna. Jeżeli zaginięcie Jasona jest równoznaczne z jego zabójstwem, to kiedy moje życie się zakończy, w końcu się z nim spotkam i już na zawsze będziemy razem. To był największy plus sytuacji, w której się znalazłam.
- Beth? - do moich uszu dobiegł stłumiony głos. A może to tylko mi się przesłyszało? Z głodu i zmęczenia ludzi dopadają halucynacje...
- Beth!? - nie były to złudzenia, faktycznie ktoś mnie wołał. Tylko kto..
- Jake? - podniosłam się jak oparzona. Tak naprawdę nie zastanawiałam się ani chwili nad tym, czy on tutaj przyjedzie czy nie. Po prostu godziłam się na wszystko niczym posłuszna owca idąca razem ze stadem na rzeź. Kompletnie nie wzięłam pod uwagę planu, że jednak tej nocy nie umrę (mimo, że było przed dwunastą).
Kroki mężczyzny, chociaż chwiejne, szybko zbliżyły się do mnie. Poczułam na sobie ciepłe dłonie, które dokładnie mnie oglądały.
- Nic mi nie jest - powiedziałam cicho. - Jestem tylko trochę głodna.
Jake nic się nie odezwał, a dwie chwile później koło nas zjawili się ci sami obrzydliwi faceci, którzy porwali mnie z taksówki. Rozkuli kajdanki, jeden z nich mnie podniósł, a dwóch pozostałych chwyciło Jake'a. Nie planowałam się wyrywać, nawet nie wiedziałam, czy mój mechanik miał jakiś plan. Zerknęłam na niego, ale ku mojemu lekkiemu zdziwieniu pozwolił oprawcom na cokolwiek co z nim zamierzali zrobić.
Zaciągnęli nas do pomieszczenia, nie do tego samego w którym byłam na początku, to przypominało bardziej ubojnię połączoną z gabinetem. Po lewej stronie znajdowało się wielkie dębowe biurko, a po prawej metalowy stół, wokół którego widać było zaschniętą krew. Zostałam na nim posadzona, a moje ręce zostały z tyłu skute kajdankami. Jake natomiast stał naprzeciwko mnie, a jakakolwiek możliwość ruchu została mu ograniczona.
- Albo zaczniesz gadać... - zaczął jeden z nich.
- Albo? - wysapał Jake, ale odpowiedzi nie otrzymał.
Natomiast ja poczułam na swoim karku obrzydliwe łapska, które bardzo nachalnie zaczęły wchodzić pod moją bluzkę. Chropowata skóra przesuwała się po moich plecach, gdy oblech nieumiejętnie próbował rozpiąć mój stanik. Nikt się nie odzywał, a ja coraz bardziej napinałam ciało, licząc, że skończy się tylko na tym.
- Długo będziesz się z tym pierdzielił? - z drugiej strony podszedł kolejny typ, który jednym szybkim ruchem zerwał ze mnie całą górną odzież. Wszyscy obecni w pomieszczeniu mogli podziwiać moje cycki (a raczej ich brak).
- Zacznij lepiej gadać - wysyczał ten pierwszy, łapiąc mnie za pierś, drugi wsunął palce w moje włosy i pociągnął za nie. Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy raz, na pewno nie tak. Do kącików oczu napłynęły mi łzy. - Im dłużej będziesz zwlekał, tym ona bardziej będzie cierpieć.
Plask.
Na policzku pozostał mi piekący ślad. Poczułam wielką gulę w gardle ale nie poruszyłam się. Zerkałam w stronę Jake'a, ale on nadal nie reagował. Nie dziwiło mnie to - sama pewnie nie wiedziałabym co zrobić.
- Chyba naszego chłoptasia bardziej interesuje jego własne życie niż ukochanej - zarechotał jeszcze inny, co do tej pory przyglądał się z drugiego rogu pomieszczenia.. Poruszył się w naszą stronę, stanął przede mną i pewnie chwycił mnie za podbródek.
- Wypnij się, suko - wycedził przez zęby. Złapał palcami za pozostałe moje ubrania i przyciągnął mnie, bym mogła zejść ze stołu, a następnie obrócił mnie, bym twarzą opierała się o zimny blat. Zerwał ze mnie spodnie i zaśmiał się triumfalnie.
- Mam kontynuować? - spojrzał się w stronę Jake'a.
Jake c.d. Beth
Śnił mi się jakiś dziwny sen...nawet nie jestem w stanie go dokładnie opisać, bo nie miał żadnego sensu... Obudziło mnie szczekanie psów, ujadały jakby były czymś mocno przejęte, a to im się rzadko zdarza. Holi kręciła się w kółko i raz po raz patrzyła na biurko, chwilę się wpatrywała, a potem znowu szczekała chcąc zwrócić moją uwagę. Sully nerwowo spoglądał na mnie i na telefon....któremu migała lampka powiadomień. No tak, Beth dzwoniła kilka razy to ma prawo tak się dziać. Spojrzałem na zegarek - równo 9.00, śpie coraz krócej, pomyślałem, muszę odpuścić sobie ze trzy nocki to wtedy bede spać jak zabity...hehehe jak zabity, śmieszne serio.
Zwierzaki wciąż były niespokojne, zastanawiałem się o co im chodzi, nie są głodne, bo wtedy obydwoje staliby z miskami, a teraz zupełnie jakby chcieli zwrócić moją uwagę na coś. Nagle Holi stanęła na tylnych łapach i zrzuciła mój telefon na dół.
- Naprawdę mam jej się narzucać? - spytałem
Suczka zaczęła szczekać na komórkę i drapać ją pazurami. Zależało jej bardzo, ale na czym?
- Myśle, że nie chce mnie znać po ostatnich wydarzeniach - powiedziałem do Holi - mam jej oddzwonić? - spytałem ostatecznie
Odezwali się obydwoje jednocześnie, to już znaczyło stanowcze tak, nie miałem wyboru. Podniosłem telefon i zmrużyłem oczy, zesztywniałem na widok dziwnie znajomego numeru. Teraz serio zwątpiłem czy chce otwierać wiadomość, jeśli to jest numer tych zbirów to znowu będą mnie gnębić żeby do nich wrócić i zapomnieć o wszystkim co było. Szef cały czas mnie chce z powrotem, bo jako jedyny kiedyś potrafiłem go ochronić przed nożownikiem, mam najwyższą range i potrafie wyciągnąć wszystkie informacje od każdego. Kicham na to wszystko, chce wieść spokojne życie.
Z wielkimi wątpliwościami otworzyłem wiadomość i się nie myliłem - to byli oni, tylko, że bardziej zatkało mnie zdjęcie Beth zakutej w kajdany. Serce mi zaczęło walić jak szalone, oblały mnie zimne poty, naprawdę skończe ze sobą jak tylko Beth będzie bezpieczna w swoim domu, odejść ze świadomością, że ona będzie cała i zdrowa będzie najlepsze dla mnie. Ściągam tylko kłopoty i nieszczęścia na innych, brawo, bierz się teraz do roboty durniu.
Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie, jej bezradność w oczach...niech ci tylko coś zrobią, pomyślałem. Mogłem jeszcze tylko wywnioskować, że nie miała na sobie żadnych siniaków ani zadrapać, o dziwo potraktowali ją łagodnie, ostatnio ze mnie zrobili sobie tarcze do strzałek i nie mogłem liczyć na taryfe ulgową. Wiadomość wysłali o godzinie 6.35, około 2.5 godziny temu, na razie dadzą jej spokój, ale po 5 godzinach od porwania zaczną ją przesłuchiwać co o mnie wie.
Chwyciłem plecak, miałem w nim wszystko co potrzebne na każdą okazje, ale kuł mnie widok wciąż nieużywanych trzech strzykawek z naciągniętą kokainą, chciałem je już wiele razy wywalić, zniszczyć, podrzucić komuś, ale dawny nawyk nie pozwalał mi na to. Kiedyś były dla mnie zbawieniem żeby po prostu zapomnieć o wszystkim - ściskanie w sercu, odwieczne bóle głowy od natrętnych myśli czy nawet sposoby na wykończenie siebie, te niewielkie dawki potrafiły mnie uspokoić i zapomnieć. Obiecałem sobie nigdy więcej ich nie używać, ale zaistniała sytuacja może doprowadzić do złamania tej obietnicy w nadmiarze.
Spakowałem swój pistolet, shotguna, linę holowniczą, nóż survivalowy, obcęgi i wodę, Beth pewnie jest spragniona, ci dranie stosują metody głodówki i odwodnienia. W sumie sam stosowałem takie metody, tylko, że były bardziej okrutne.
Zostawiłem psom otwarte drzwi od domu i warsztatu, niech mają swobodę, przynajmniej oni będą się świetnie bawić. Odprowadzili mnie do samochodu, merdali wesoło ogonami jakby się cieszyli z mojej determinacji albo, że spojrzałem na ekran telefonu. Wrzuciłem plecak i dodatkową torbe z granatami (znalazłem je w starym bunkrze za miastem).
- Będziecie grzeczni? - spytałem
Psy nastawiły brody i tyłki do drapania jak miały w zwyczaju, miałem ochotę im podziękować za wszystkie dni spędzone razem i za "dogoterapie", ale byłem przekonany, że zasługują na kogoś lepszego i weselszego... Przytuliłem każdego z osobna szepcząc do ucha same miłe słowa, a potem wsiadłem do auta i wyjechałem na główną drogę. Rzuciłem okiem jeszcze w lusterko, dojrzałem jeszcze z oddali jak zwierzaki położyły się obok siebie. Zawsze tak robią, gdy jadę gdzieś do miasta, bo wiedzą, że wróce, a teraz sam nie wiem jak to będzie.
Godzina jazdy na północny-zachód, zmrużyłem oczy na sam widok miasta i poczułem ogromny wstręt do niego. Każdy budynek liczył sobie tutaj ze 30 lat i nikt nie miał ochoty ich odnowić. Od mojego odejścia praktycznie nic się nie zmieniło, nawet nikt nie naprawił wygiętego znaku stop przed przejściem dla pieszych przy niedziałającym spożywczaku. Domyśliłem się, że już na mnie czekają, widok niewielkiego pałacu w opłakanym stanie mnie obrzydził, naprawdę nie miałem ochoty tam wracać, ale nie będą się zabawiać Beth.
Zaparkowałem na moim dawnym prywatnym miejscu, czułem się jakbym przyjechał do pracy i za chwile dostanę namiary na kogoś kto oszukał szefa i mam z niego wydobyć najdrobniejsze szczegóły albo za chwile jedziemy na spotkanie i mam być jego zaufanym ochroniarzem, rzygać mi się chce na samą myśl. Zabrałem plecak z tylnego siedzenia i wyszedłem na zewnątrz, ktoś nagle coś zaczął mówić za moimi plecami. Mówił tak niewyraźnie, że jak na niego spojrzałem to zwątpił, a ręka trzymana na broni stała się jak z waty, to był Caleb, mój pomocnik przy przesłuchaniach, wiele razy słyszałem od niego, że przesadzam i, że jestem potworem. Moje metody go przerażały na tyle, że zarządał przeniesienia do innej grupy.
- Strzelisz czy się zeszczasz w gacie i będę musiał cię przewinąć? - rzuciłem
- Zamknij się...Szef chce cię widzieć - odwrócił wzrok, jakby mógł to odwróciłby się na pięcie i odszedł w swoją stronę - mam nadzieje, że cię szybko sprzątnie
- Też mam taką nadzieje - mruknąłem
Skrzypiące schody prowadziły na piętro, czerwone ściany wprowadzały poważną atmosferę, gdzieniegdzie widniały ślady krwi, tutaj to normalna rzecz. Pierwsi członkowie pojawili się kawałek dalej, ci co mnie pamiętali to schodzili na bok, doskonale wiedzieli na co mnie stać mimo upływu lat. Dostrzegłem też dużo nowych twarzy, młodzi, niedoświadczeni chłopcy, którzy chcą poczuć przypływ adrenaliny. Jeden z nich właśnie stanął mi na drodze, zrobił kamienną twarz i myślał sobie, że mnie to wystraszy, grubo się mylił.
- Ty niby jesteś tym najlepszym? - zadrwił - jak dla mnie jesteś bezużytecznym śmieciem, nie boje się ciebie - splunął na ziemie obok mojego buta i zaśmiał się obraźliwie
Wzrok niektórych jego kolegów mówił wyraźnie żeby się odsunął, bo pożałuje. Młodzik wciąż się nabijał, co mnie wcale nie ruszało. Gdy tylko się zbliżył, szybkim ruchem chwyciłem go za szyje i przydusiłem do ściany aż nie mógł złapać oddechu. Walczył o każdy oddech, zaczął robić się siny, ale stwierdziłem, że skończe z nim kiedy indziej i po chwili osunął się na podłoge. Czy wszyscy się tak mnie bali, że nikt nie zareagował? Co im szef naopowiadał?
- Przyszedł
Spojrzałem na faceta, który otworzył drzwi na końcu i czekał aż wejde do środka. Na bocznych schodach zwrócili moją uwagę dwoje kolesi, posyłali mi szydercze uśmieszki, czy oni mają coś wspólnego z Beth? Może to nowe nabytki szefa niewiele po moim odejściu? Zapach tytoniu ciągnął się po całym korytarzu, drażniło mnie to okropnie. Ledwo stanąłem w wejściu, szef stanął przy biurku i nalał dwie szklanki whisky, to taki jego zwyczaj powitania.
- Siadaj i się rozluźnij - zachęcił - nikt cie skrzywdzi taj jak niedawno u ciebie
Przewróciłem oczami, gdyby tylko mnie nie ogłuszyli to bym cię wypatroszył, pomyślałem.
- Obstawiam, że jeśli ci powiem, że wciąż jesteś mile widziany w naszych skromnych progach, to odmówisz od razu - zaczął - ci wszyscy durnie nie potrafią tak rządzić i siać grozy jak ty - wskazał na mnie z powagą
- Owszem odmówie - powiedziałem bez zainteresowania
- Nic się nie zmieniłeś - mruknął - zrobimy to inaczej - wyciągnął zdjęcie Beth przykutej do grubej rury - wciąż mi się nie chce wierzyć, że taki okrutny i samotny dupek jak ty znalazł se dziewczyne i tylko dla niej tutaj przyjechałeś - zaśmiał się, ale za chwilę spoważniał - skoro tak ci na niej zależy to będziesz musiał mi się odpłacić - trzasnął zdjęciem o stół - lubie cię i szanuje, ale zasady to zasady.... Vamos!
Pięciu rosłych mężczyzn weszło do pokoju i stanęło za mną.
- Nikt z was nie jest w stanie mnie złamać, wiecie dobrze - wzruszyłem ramionami
- To się okaże - parsknął jakiś oblech i powalił mnie na podłoge
Pozostali rozdarli mi koszulke na strzępy, doskonale wiedziałem co za chwilę będzie, ale dążę do tego żeby mnie zamknęli w piwnicy, tam na stówe trzymają Beth, potem już się coś wymyśli.
- Żal mi tak dobrej sztuki, ale nie pochwalam odejścia od nas tak bez zapowiedzi - powiedział szef biorąc łyk whisky - zaskoczony jestem tak odważnej decyzji, ale czy warto bylo dla tej chwili? Należy się 10 razy - skończył gadać i rozsiadł się na swoim nabitym fotelu
Dźwięk bata z ostro zakończonymi końcówkami zabrzmiał na podłodze, dwoje facetów trzymało mnie tak mocno, że miałbym kłopot z wyswobodzeniem się. Pierwsze trzy uderzenia były bardziej bolesne, czułem jak po ciele przechodzi mi prąd i po plecach cieknie krew, kolejne nie były już aż takie dokuczliwe, jedynie zaciskałem zęby, ale nie dałem się powalić kolejny raz.
- Zamknijcie go na jakiś czas na dół - rozkazał szef - to twarda sztuka, ale każdego idzie złamać - zajął się pisaniem papierów, zapewne na przemyt - przynieście potem dziewczynę
- Po co ci ona? - mruknąłem, obraz mi się zamazywał
- Miło z nią porozmawiam o interesach - nie oderwał wzroku od papierów - widać zależy ci na niej, to naprawdę pożyteczna wieść, bo nigdy nie miałeś słabych punktów, a teraz spójrzcie tylko - uśmiechnął się złośliwie
Dwóch co mnie trzymało również zatargało mnie do piwnicy, znajomy korytarz, którym ja sam prowadziłem ludzi na przesłuchanie, jak role mogą się szybko odwrócić...Z jednego byłem bardzo ucieszony i spokojny, bo podczas sprzeczki z młodzikiem wyjąłem mu klucze z kieszeni, a one pasują do każdego zamka, więc wszystko nimi otwore.
- Chcesz może ciepły kocyk? - zadrwił jeden z nich
- Daj spokój - uciszył go drugi, wie na co mnie stać, bo kiedyś mu zmiażdżyłem trzy żebra podczas bójki
Przypięli mi ręce do rury, tak jak Beth.
- Nie uciszaj mnie, co on ci może zrobić? Teraz możemy z nim zrobić wszystko co on nam - warknął i wyciągnął pistolet - mam ci uświadomić, że jest bezsilny?!
- Zamknij się i idź - wyrwał mu broń z ręki i popchnął w stronę drzwi - za dużo wypiłeś
Zrobiła się cisza, zaczęło mi się robić zimno od ran, ale bardziej mnie interesowało gdzie jest Beth. Musi tutaj być.
- Beth? - spytałem głośniej dla pewności
(Beth, jestes tu?)
Beth c.d. Jake
Brak jakiejkolwiek odpowiedzi ze strony Jake doprowadzał mnie do okrutnego ataku histerii. Znałam go tak krótko, skąd ja mogłam wiedzieć, czy za moment nie zapuka do mnie policja z nakazem aresztowania? Tyle się słyszy o mężczyznach, którzy wykorzystują kobiety w celu zdobycia różnych dóbr; fakt, o przypadku wykorzystania w celu morderstwa co prawda nie mówiono, ale hej - ktoś przecież musi być tym pierwszym, co nie?
Za oknem słońce leniwie wisiało już nad horyzontem. Nastał nowy dzień, dzień w którym jeszcze nikogo nie zabiłam. Na mojej lodówce powinnam zapisywać każdy kolejny dzień bez morderstwa. Po ponad dwudziestu latach nadszedł moment, że musiałabym od nowa wpisać 0. Czy jak będę w więzieniu pozwolą mi trzymać tablicę magnetyczną? A może będę zmuszona wydrapywać paznokciami w ścianach kreski?
Im dłużej myślałam, tym bardziej wpadałam w paranoję. Nie potrafiłam podjąć sensownej decyzji, a kiedy przez okno docierał do mnie dźwięk pojazdu uprzywilejowanego włosy stawały mi dęba, a mózg kazał szukać kryjówki. To musiała być kwestia chwili, kiedy dwóch, albo i więcej (może przystojnych) policjantów skuje mnie kajdankami i wyprowadzą mnie z mojego własnego mieszkania. A może ja powinnam uciekać?
W tamtej chwili ucieczka brzmiała jak jedyne rozwiązanie z tej sytuacji. Bez konkretnego planu wpadłam do swojego pokoju i zaczęłam pakować swoje najpotrzebniejsze rzeczy - kilka par koszulek i spodni, jakieś skarpetki niedobrane w parę, bieliznę i ręcznik. Przy okazji wrzuciłam kosmetyki i szczoteczkę, a także laptopa z zasilaczem. Kompletnie nie myślałam o tym, że przecież ze sprzętem łatwiej jest kogoś namierzyć, ale to nie miało wtedy większego znaczenia. Zamówiłam taksówkę, a w oczekiwaniu na nią zaczęłam przeglądać loty. Nie mogłam tu zostać, nie mogłam lecieć do nikogo ze swojej rodziny. Byłam zdana tylko na siebie, musiałam przestać być Elizabeth Sawir.
Kiedy taksówka zjawiła się pod moim blokiem w pośpiechu wybiegłam z mieszkania. Wchodząc do windy nieco zestresowana przywitałam się z nieznajomym mężczyzną (pewnie nowym sąsiadem) i lekko stukając nogą zjechaliśmy w ciszy na sam dół. Kiedy wsiadłam do taksówki, gość z windy niepokojąco na mnie spoglądał. A może był prywatnym detektywem i mnie śledził? Trzasnęłam drzwiami i poprosiłam kierowcę, by jak najszybciej odjechał, a gdy spytał się mnie o destynację końcową krzykiem kazałam mu ruszyć przed siebie. Najważniejsze było, by nie zostać w tym mieszkaniu. W końcu jeżeli na zawsze zostałabym na jakiejś pustyni czy w dżungli na pewno nikt by mnie nie znalazł. Ale dlaczego Jake nie odbierał ode mnie telefonu? Może nie chce mi powiedzieć, że tamci wrócili po niego i mu coś zrobili? Albo porwali go? Może policja go zabrała?
- Czy pani w końcu mi powie dokąd jedziemy? - niemile odezwał się do mnie taksówkarz. Staliśmy akurat na czerwonym świetle, a znajdowaliśmy się na obrzeżach miasta.
- Na lotnisko w... - nie mogliśmy przecież jechać na lotnisko Avenley. Na miejscu policji, która odkryłaby moją nieobecność w mieszkaniu pierwszą rzeczą byłoby udanie się na lotnisko czy stację kolejową. - Proszę wybrać lotnisko, ale nie może być Avenley.
- Szanowna pani, to będzie z osiemdziesiąt jak nie więcej kilometrów, przecież to..
- Wiem co mówię, za wszystko panu zapłacę. Proszę jechać. I proszę, niech pan nie jedzie głównymi drogami.
Kierowca wzruszył ramionami i wbił w nawigację destynację, zaznaczając przy tym opcję omijania większych miast. Z osiemdziesięciu kilometrów zrobiło się dobre sto dwadzieścia, ale nie to dla mnie było najważniejsze. Liczyło się to, by nikt mnie nie widział, a pieniądze w tej chwili nie miały większego znaczenia.
Z radia samochodu od dłuższego czasu wydobywał się dźwięk kilku, na przemian puszczanych piosenek AC/DC. Słuchanie tego w kółko było okropnie męczące, więc wyciągnęłam słuchawki i puściłam sobie album zespołu Jasona. Mimo, że po zaginięciu mężczyzny reszta chłopaków porzuciła muzyczne kariery, ja dalej kochałam wracać do tych utworów. To był jedyny sposób, by jakkolwiek usłyszeć głos mojej miłości. Gdyby on wiedział, że zamordowałam dwóch mężczyzn na pewno nie chciałby mnie już więcej znać. Elizabeth, do czego ty doprowadziłaś swoje życie?
Wykorzystując fakt, że w dłoniach trzymałam swój telefon uznałam, że dobrym pomysłem będzie napisanie do Jake. Nawet jeśli olewał moje telefony, to wiadomości nie sposób jest zignorować. Ale co powinnam mu napisać? Że nie powinien więcej się do mnie odzywać, bo jestem morderczynią i skoro ich zabiłam to mogę jeszcze to zrobić? Że postanowiłam uciec niczym tchórz zamiast stawić czoła temu co mnie czeka i ponieść konsekwencje swoich czynów? Żadne rozwiązanie nie było dobre. "Hej, Jake, z tej strony Beth. Miałam ciężką noc, ale jest już lepiej, lecz muszę trochę odpocząć. Nie będzie mnie w mieście przez najbliższy czas. Samochodami zajmie się Emily, odbierze wóz z twojego podwórka jak tylko znajdzie..."
W pisaniu wiadomości do mechanika, którego nawet polubiłam przerwało mi ostre hamowanie taksówki. W ostatniej chwili złapałam się za uchwyt, ale i tak uderzyłam nieco głową o fotel przede mną. W szoku wyciągnęłam słuchawki z uszu i spojrzałam przez przednią szybę pojazdu - wielki, czarny mercedes zajechał nam drogę i gdyby nie refleks kierowcy wpakowalibyśmy się w cały jego bok. Nim się obejrzałam jeden z byczków siłą wyciągnął taksówkarza z pojazdu, a dwóch innych otworzyło tylne drzwi w celu wyciągnięcia... mnie?!
- Puszczaj! - zaczęłam krzyczeć, kiedy wielgachne ręce objęły mnie w talii. Pomimo stawiania oporu (co prawda złapałam się aż za uchwyt nad drzwiami, co można do tego zaliczyć) facet wyciągnął mnie z auta. Wierzgałam się ile mogłam, ale na nic to. Nie zapowiadało się, by wolność została mi oddana.
- Witaj, panienko Sawir - odezwał się ten co stał po drugiej stronie samochodu. Rozpoznałam w nim mężczyznę, który jechał ze mną windą zanim wsiadłam do taksówki. Skąd on wiedział jak się nazywam i gdzie mieszkam? To musiał być albo policjant, albo detektyw. Albo jeszcze ktoś inny, ale czego ktoś inny by chciał ode mnie?
- Ja wiem, że złamałam prawo i to nie raz - zaczęłam się tłumaczyć, co przychodziło mi z trudem, bo ciężko było złapać mi powietrze. Owłosione łapy byczka ściskały mnie zbyt mocno. - Ale to nie jest tak, że ja teraz uciekam, jadę tylko na krótki urlop tak, przecież jakbym wiedziała to bym się sama stawiła na komendę, prawda?
- Jesteś taka głupia... - prychnął ten z windy. - Naprawdę myślisz, że mamy cokolwiek wspólnego z psiarnią?
Pokręciłam głową, ale żaden z nich się więcej nie odezwał. Podszedł do nas ten co wcześniej wyciągał taksówkarza i skuł mi dłonie. Zaraz po tym zostałam wrzucona w otwarty bagażnik mercedesa.
- Nie próbuj wzywać pomocy ani uciekać, bo i tak ci się to nie uda - powiedział jeden z nich i zamknęli klapę. Wsiedli do pojazdu i z piskiem opon ruszyli przed siebie w nieznanym przeze mnie kierunku. Byłam przerażona, ale gdzieś z tyłu głowy martwił mnie los mojego bagażu. W końcu na tym laptopie znajdowały się naprawdę ważne dla mnie rzeczy.
***
Po nie wiem jak długim czasie jazdy samochód w końcu zatrzymał się, a chwilę później ten byczek, który nazywa się lub nosi ksywę Bob przerzucił mnie przez swoje ramię jak gdybym była workiem ziemniaków. Pewnym krokiem zaczął iść w stronę budynku, a po paru chwilach znaleźliśmy się w - jak domniemałam - piwnicy. Moja prawa ręka została rozkuta, ale tylko po to by druga obręcz została przykuta do metalowej rury. Pachniało tam stęchlizną, a podłoga na której siedziałam była nieprzyjemnie wilgotna.
- Jeśli będziesz z nami współpracować nie stanie ci się krzywda - powiedział jeden z mężczyzn. - Ale jeśli jakkolwiek zaczniesz się buntować ta sytuacja nie skończy się dla ciebie dobrze.
Okej Elizabeth, to tylko zły sen, zaraz się z niego obudzisz, nie panikuj, wszystko będzie dobrze, wystarczy że uszczypniesz się w udo i zaraz będziesz w swoim łóżku. AŁA! Dlaczego to nie działa? Beth, ocknij się!
- A teraz z łaski swojej zadzwoń do swojego kochasia i wymuś na nim spotkanie.
- Przecież Jason nie..
- Nie on idiotko. Jake mówi ci coś? W końcu byłaś u niego wczoraj, nie? Nie pamiętasz co się stało?
- Ale my nie...
- Skończ pierdolić i dzwoń do niego!
Rzucił mi telefon, a kiedy miałam problem z odblokowaniem go gość wyciągnął pistolet. Poczułam wielką gulę w gardle i wybrałam numer do Jake. Niezbyt się zdziwiłam, że i tym razem nie odebrał połączenia.
- Nie odbiera.
- W taki sposób chce się z nami bawić - wyszeptał do pozostałych jeden z nich. - Oddawaj telefon, suko.
Położyłam urządzenie na ziemi i popchnęłam je w stronę.. oprawców? W sumie jeszcze mi nic nie zrobili. Porywaczy? O, to brzmiało już lepiej. Bardziej do nich pasowało.
Rozległ się dźwięk robionego zdjęcia, a flesz na moment oślepił mnie.
- Twoja fotka właśnie w tej chwili leci do twojego chłopaka - zarechotali. - Módl się, żeby przyjechał tu niedługo, bo inaczej...
Nie skończyli, a ja poczułam jak moje serce bije coraz mocniej w panice.
Jake?
Jake c.d. Beth
Brawo dla ciebie idioto, pomyślałem, zniszczyłeś życie niewinnej istocie, teraz naprawdę zasłużyłem na kulke w łeb, może gdzieś w pobliżu leży jakaś broń albo chociaż ten fajny shoutgun? Jedno pociągnięcie za spust i skończyłoby się latanie za mną, miasto by odpoczęło od ciężaru, ustałoby strzelanie, wszyscy by odpoczęli od awantur jakie się dzieją tutaj w warsztacie.... Może rzeczywiście pozbyć się siebie? Może....jak znowu się tu zjawią to dać im się....? Albo samemu...? Czułem się ogólnie zły, że Beth tutaj była razem ze mną, bo gdybym jej nie znał, to ta dwójka zbirów załatwiłaby mnie na dobre i nikt by o tym nie wiedział, nawet nikt by się nie przejął, ale z drugiej strony czułem się odpowiedzialny za nią i miałem motywacje do obrony kogoś, co nie zdarza się u mnie praktycznie wcale. Zaczynałem myśleć o tym, że serio w jakiś swój sposób ją ''polubiłem'', nie było to typowe przyjacielskie uczucie, bo nic nie czuje - nawet to, że mam wewnątrz siebie narządy, kości czy nawet bicia serca. Może można to nazwać koleżeństwem? Ehh bije się z myślami...
Ściemniło się na dworze, nawet nie wiem kiedy wybiła godzina 20.00, to wszystko się wydarzyło za szybko. Taksówka z Beth odjechała, z przyjemnością posłuchałem jak kamyki spod kół ocierały się o siebie i trzaskały gdy samochód ruszył się leniwie z miejsca. Nie chciałem nawiązywać kontaktu wzrokowego, raz, że nie znoszę tego, a dwa - wątpię żeby dziewczyna chciała patrzeć na takiego śmiecia. Otarłem ręce o siebie, powiał chłodny wiatr, to był sygnał, że czas ogarnąć dom i jakoś pozasłaniać okna na noc, a jutro coś się wymyśli.
Beth c.d. Jake
Beth, to tylko zły sen, to tylko był koszmar, obudź się z niego, proszę!
Ale gdyby to był sen, to czy naprawdę oddychałoby mi się tak ciężko przez wszędobylski pył? Czy nadal miałabym ściśnięte dłonie niczym do modlitwy, które przed chwilą trzymały śmiercionośny przedmiot? Czy gdyby to był sen ja zabiłabym człowieka?
Ja, Elizabeth Sawir, ponad dwudziestoletnia fotografka zabiłam człowieka. A nawet dwóch. To brzmiało tak absurdalnie, że jakbym opowiedziała to pierwszej lepszej osobie na ulicy wyśmiałaby mnie. Nikt w życiu nie uwierzyłby, że ja, osoba, która nie jest w stanie muchy zabić zabrała życie dwóm niewinnym osobom. A może winnym? Kim oni w ogóle byli? Czego oni w ogóle chcieli? Kto normalny wbija sobie do zwyczajnego mechanika i urządza sobie strzelaninę? Powinni za to siedzieć! Ale teraz to grozi mi. Boże, czy ja pójdę siedzieć? Przecież to będzie koszmar. Cała moja rodzina się mnie wyrzeknie, a na najbliższych rodzinnych posiedzeniach głównym tematem będzie Beth w więzieniu. Przecież za podwójne morderstwo zamkną mnie na dożywocie. Przecież to kupa czasu! A co z moimi zwierzakami, przecież nie pozwolą mi ich tam wziąć. Czy ja powinnam teraz sfingować swoją śmierć, zmienić dane i wyprowadzić się najlepiej na inny kontynent? To nie wypali, powinnam od razu oddać się w ręce policji.
Im dłużej myślałam tym bardziej kołysałam się na krześle do przodu i do tyłu. Kiedy poniekąd wróciłam na ziemię poczułam, jak okropnie bolał mnie brzuch, jak bardzo było mi niedobrze i jak bardzo się trzęsę. Kompletnie nie wiedziałam ile czasu minęło od incydentu. Jedyne co wiedziałam to to, że dobrze że Jason nie widział mnie w takim stanie i nie widział tego, co zrobiłam. Gdyby się dowiedział, że posunęłam się do tego w czym specjalizował się jego brat na pewno by mnie znienawidził.
Jego brat. To on. To na pewno musiał być...
- Valerio - wyszeptałam w przestrzeń. Ciężko było mi stwierdzić czy siedziałam sama w pomieszczeniu, czy ja w ogóle jeszcze żyję ja czy ktoś jeszcze.
- Co? - usłyszałam męski głos. Jake. On żył. Poczułam jakby kamień mi spadł z serca.
- Ci ludzie. To jego ludzie, prawda? To byli słudzy Valerio.
- Nie wiem o kim mówisz.
- Oni przyszli po mnie. Mnie chcieli zabić. Miałam skończyć jak Jason - mój głos kompletnie się złamał. Łzy zaczęły niekontrolowanie lecieć, a ciało przeszła fala dreszczy. To nie oni powinni zginąć, tylko ja.
Jake wstał i położył dłoń na moim ramieniu. Spojrzałam się na niego i kiedy ujrzałam jego twarz momentalnie się otrząsnęłam.
- Ty jesteś ranny! - no co ty nie powiesz Beth. - Musimy natychmiast jechać do szpitala.
- Beth, nie...
- Przecież ty zaraz się wykrwawisz - spojrzałam na jego brzuch, na ubraniach znajdowała się wielka plama krwi. - Od tego się umiera, nie możemy tak tego zostawić, chodź zawiozę cię...
- Nie - poczułam, jak jego dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. - Nie mogę ci powiedzieć co to byli za ludzie, ale ja naprawdę nie mogę z tym pojawić się w szpitalu.
- Pozwól mi chociaż opatrzyć te rany - powiedziałam z rezygnacją po dłuższej chwili.
Dlaczego na każdego faceta, z którym się lubię, musi trafiać jakieś nieszczęście? Może to czas, by przestać zadawać się z ludźmi i na wieki zamknąć się w piwnicy.
Wstałam z krzesła i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę swojego samochodu w poszukiwaniu apteczki. Opornie szło mi otwarcie bagażnika, a gdy wracałam do budynku, omijając martwe ciała, przed progiem musiałam zwymiotować. Starałam się chociaż na moment zająć myśli czymś innym. Podeszłam do Jake'a i poleciłam mu ściągnąć górne ubranie.
Kurs pierwszej pomocy robiłam kilka lat wcześniej, jakoś przy zdawaniu prawa jazdy, więc niespecjalnie wiedziałam od czego mam zacząć. Mężczyzna chyba to zauważył i zasugerował, bym najpierw ubrała rękawiczki, które na sto procent znajdowały się w apteczce. Kiedy to zrobiłam za pomocą soli fizjologicznej (nawet nie wiedziałam, że wożę takie rzeczy w samochodzie) odkaziłam rany na twarzy i bardzo ostrożnie (co było ciężkie przy trzęsących się rękach) przejechałam po brzegach rany na brzuchu. Wyglądała okropnie, ale wcale nie krwawiła jakoś mocno, więc liczyłam, że może nóż nie uszkodził jakiegoś ważnego narządu. Po odkażeniu na większe rany założyłam opatrunki jałowe, mając nadzieję że bardziej mu nie zaszkodzę.
- Z tym brzuchem naprawdę powinieneś wybrać się do lekarza - zasugerowałam. - Twoje ramię też nie wygląda zaciekawie, ale to chyba nie jest nowa rana?
- Poradzę sobie - to wszystko co powiedział. Czy on miał jakieś powiązania z tymi ludźmi? A może on też jest gangsterem? Może to wszystko było tak przemyślane, może specjalnie mnie im wystawił? Ale czy wtedy walczyłby z nimi? To wszystko jest takie pokręcone...
- To może chociaż pomogę ci tu posprzątać?
- Beth, musisz stąd odjechać. Nie możesz tu zostać.
- Ty też nie powinieneś. A co jak przyjadą kolejni? - poczułam jak serce zaczęło mi szybciej bić. Przecież w końcu Valerio czy inny szef skapnie się, że za długo nie ma jego ludzi i przyśle kolejnych by sprawdzić co się dzieje. Siedzenie tutaj było skrajnie niebezpieczne. - Weź psy i pojedź do mnie. Tam będzie bezpieczniej, nawet na chwilę.
- Poradzę sobie, naprawdę lepiej żebyś stąd odjechała - powiedział stanowczo. - Wróć do domu i nikomu nie otwieraj drzwi, nie odbieraj telefonów.
- Obiecaj mi, że nie zostaniesz tutaj na noc.
- Nie mogę.
- Jake, proszę.
Usłyszałam kolejną odmowę. Tu chodziło o coś więcej, a ja miałam się nie dowiedzieć o co. Może to i dobrze?
- Zamów taksówkę, tylko nie na ten adres - poinstruował mnie mężczyzna. Wytłumaczył mi, że ci ludzie widząc obce auto mogli zamontować w nim lokalizator GPS. Nie wiedziałam jaki był tego cel, ale wiedziałam, że i tego się nie dowiem.
Chwilę później taksówka przyjechała, a ja byłam w drodze do swojego domu. Widząc moją niemrawą minę kierowca chciał ze mną porozmawiać, ale ja nie mogłam. Chciałam tylko wiedzieć dlaczego to wszystko się stało.
Droga do dzielnicy, w której mieszkałam dłużyła się w nieskończoność. Było już późno, na drodze niemalże nie było samochodów, a czas jak gdyby zatrzymał się w miejscu. A może taksówkarz wiózł mnie na policję? Może on wiedział co się stało i chciał odebrać nagrodę za moją głowę? Miałam wrażenie, że na moim czole wypisane jest słowo "morderczyni".
Bo tak naprawdę nią byłam.
A usprawiedliwienie, że broniłam swojego znajomego było tandetne. Kto to potwierdzi? Ci goście nie żyją, a Jake tak naprawdę może się na mnie wypiąć. Wizja przyszłości dobijała mnie.
- Już jesteśmy - usłyszałam męski głos z przodu pojazdu. - Płaci pani kartą czy gotówką?
- Kartą - westchnęłam i chwilę później jechałam windą do swojego mieszkania. Ku mojemu zdziwieniu nie zastałam w nim Emily, na stole leżał list, w którym samozwańcza współlokatorka informuje mnie o pilnym wyjeździe. Nie przejęłam się nim, w końcu Em była dorosła i mogła robić co chce.
Udałam się do łazienki, zrzuciłam z siebie ubrania i wyrzuciłam je do kosza, a sama zaszyłam się pod prysznicem, gdzie gorące krople wody zmywały brud przypominający tragiczne wydarzenia rozegrane wcześniej. Myśli w mojej głowie nie dawały mi spokoju, wmawiałam sobie, że policja na pewno mnie pojmie i do końca życia będę siedzieć w więzieniu. Miałam w sobie okropne poczucie winy, czułam, że zawiniłam samą siebie, Jasona i przede wszystkim mojego ojca. Całe życie wychowywał mnie na dobrą osobę, a ja to w jednej chwili zniszczyłam.
Czy złapią mnie za godzinę? A może jutro? Za tydzień? Czy jeżeli sprzedam mieszkanie i się ulotnię będą w stanie szybciej mnie złapać? Nie dostanę dodatkowych lat za próbę ucieczki? Nie wiedziałam co począć, jednak w tej chwili jedyne o czym marzyłam było zaśnięcie w swoim własnym, bezpiecznym mieszkaniu.
Upewniłam się, że wszystkie drzwi i okna są szczelnie zamknięte, wyciszyłam telefon i położyłam się na łóżku. Uczucie samotności okropnie mi doskwierało, byłam zagubiona i ciągle przestraszona. Przed oczami ciągle miałam scenę morderstwa, która niczym mantra wracała co chwilę by przypomnieć mi jak złym człowiekiem się stałam.
Szłam w środku nocy przez miasto, padał deszcz. Nie miałam określonego celu, spacery po zmroku były zawsze ekscytujące i przerażające na raz. Gdy zbliżyłam się do parku zauważyłam grupę ludzi, głośno płakali. Z ciekawości podeszłam do nich, a gdy usłyszeli kroki odwrócili się w moją stronę. Widząc ich twarze zamarłam - połowa z nich miała identyczne jak pierwszy człowiek, którego zabiłam, druga połowa - jak ten drugi.
- To ty nas zabiłaś! - wykrzyczeli chórem.
- Ja... nie...
- Morderczyni! Morderczyni!
Puściłam się biegiem przez park, co chwilę obracając się by sprawdzić, czy nikt mnie nie goni, lecz nagle wpadłam w jakąś osobę. Z tą twarzą. Odepchnęłam go i biegłam dalej, co chwilę potykając się o ludzi krzyczących "morderczyni".
Obudziłam się cała spocona i zdyszana. To był tylko sen. Koszmar. Był tak realistyczny, że przez dłuższą chwilę ciężko było mi dojść do siebie i zrozumieć, że jestem u siebie w mieszkaniu. Byłam bezpieczna, a nawet jeśli nie to tak mi się wydawało. Byłam bezpieczna i okropnie przestraszona. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałam było zadzwonienie do Jake'a. Od wydarzeń minęło już kilka godzin i miałam nadzieję, że wszystko z mężczyzną było w porządku. Nadzieja trwała, dopóki piąty raz z rzędu połączenia nie przerwała automatyczna sekretarka.
Jake? Odbierzesz ten telefon?
Jake c.d. Beth
Zmrużyłem oczy, na dzisiaj już nie miałem zaplanowanych przeglądów ani też nikogo nie zapraszałem - kogo więcej miałem znać niż moją nową znajomą?
Jedynie co mi przychodziło na myśl, to dawni "koledzy", którzy zapewne chcieliby mi odstrzelić głowę albo zabawić się jak ostatnio w żywą tarcze do strzałek. Tego wam nie wybaczę, głąby, pomyślałem, zrobię wam jeszcze lepszą zabawę, ale nikt jej nie przeżyje. Holi niepewnie podeszła do drzwi, po chwili położyła uszy i wycofała się pod ścianę. Dla mnie to był już wystarczający sygnał, że nie był to nikt z dobrymi zamiarami. Postrzelone ramie wciąż dawało o sobie znać, ale przestało krwawić i to się liczyło najbardziej, jednak coś czułem, że nie obędzie sie bez kolejnego rozlewu krwi.
Drugie pukanie do drzwi brzmiało już inaczej, zupełnie jakby o drewno uderzała mocna stał. Dobrze, że jakiś czas temu wymieniłem zamek, bo poprzedni był w opłakanym stanie i jedno uderzenie nogą mogło go zniszczyć. Beth obserwowała drzwi, mnie i niespokojne psy. Oderwałem wzrok od celu i natychmiast złapałem Holi i Sully'ego za obroże, oni byli najważniejsi, byli moim całym światem.
- Zostańcie tutaj - powiedziałem do nich.
W razie jakichkolwiek kłopotów posiadałem ukryty schowek miedzy warsztatem, a domem, tam trzymałem różne kartony z rozłożonymi silnikami czy też stare rzeczy, które były mi za małe albo za duże - zwykle kończą jako ścierki do kurzu czy do czyszczenia świateł samochodu. Kiedyś rozłożyłem tam duży koc, bo w piaszczystym podłożu wciąż można było znaleźć kawałki szkła. Psy znały to miejsce, czasami chowały sie tam ze swoimi ulubionymi zabawkami albo ucinały sobie drzemke. Teraz to miejsce było schronieniem i musi spełnić swoją role. Zamknąłem solidnie drzwiczki.
- Co sie dzieje...? - spytała Beth, spięła się gdy szybko schowałem psy w małym pomieszczeniu.
Zacząłem żałować, że z kimś nawiązałem przyjazną relacje, zawsze każdego od siebie odpychałem, nie dopuszczałem do siebie, bo po prostu nie chciałem żeby potem ten ktoś musiał uczestniczyć w moich błędach przeszłości. Beth była sympatyczna i nawet ją polubiłem na swój sposób, ale za jakie grzechy ona ma za chwile mieć traume i widzieć tyle zła?
- Musisz wyjść tylnym oknem - rzuciłem - nie chce cie mieszać w to - przez nerwy oddychałem nierównomiernie i zbierało mi sie na płacz, ale w ostatniej chwili wytarłem łze rękawem.
Nagle z dworu rozległy się strzały z pistoletów automatycznych, wszystkie okna w jednej chwili zostały niczym rzucona bomba zniszczone. Złapałem Beth za ramie i skuliliśmy sie obydwoje w kącie za szafą, traktowałem ją teraz jako kogoś, kogo trzeba chronić za wszelką cene i to bez względu na wszystko. Psy były bezpieczne, my jak na razie też, strzały nie cichły, ze słuchu udało mi sie naliczyć trzy osoby, a może i cztery. Objąłem ją niemal w całości, muszę ją chronić, musze, MUSZE.
- Czemu to robią?! - niemal krzyknęła Beth z paniki, jednak głos się stłumił, bo trzymała twarz w mojej bluzie - niech przestaną...!
Byłem wściekły na siebie, tępy głupek, który zniszczy życie normalniej młodej dziewczyny z pasjom do fotografowania, debil z ciebie Jake, jesteś debilem większym niż trzeba. Najchętniej sam przystawiłbym sobie pistolet do głowy i bez namysłu pociągnął za spust, po co komu taki ktoś jak ja? Ściągam kłopoty, nic więcej.
Po około 5 minutach strzały w końcu ucichły, słyszałem doskonale jak cztery osoby wymieniały magazynki. Wnętrze mojego domu znajdowało sie w stanie rozkładu - wszystko podziurawione, popękane, albo totalnie zniszczone. W powietrzu unosił się siwy pył piasku i dymu, czułem jak przez dziury w ścianie wieje wiatr. W oczy rzucił mi się przewrócony stół, a na ziemi leżała butelka z winem, którą przyniosła Beth - cała zawartość wylała sie na podłogę....
Gdy cisza trwała już kilkanaście sekund, sięgnąłem ręką do mojego schowka w ścianie - wyjąłem z wnętrza mój pistolet, przeważnie używają ten model w policji, ale dostałem go od byłego szefa, który pewnie czeka na zewnątrz albo ugniata dupą swój czerwony i pobrudzony od papierosów fotel. Sprawdziłem magazynek, zostało mi 10 naboi, a pozostałe znajdowały sie w garażu, nie miałem szans pójść po nie gdy te dranie zapewne otoczyły budynek. Beth, gdzie ja cie mam ukryć? Nie wybaczę sobie, gdy cie choćby drasną, pomyślałem.
Ktoś kręcił się przy tylnym oknie, słyszałem kroki i nadepnięcie na kawałek szkła. Przytknąłem palec do ust i pokazałem Beth aby zachowywała się cicho, nie wiem czy w takim stresie dotarł do niej przekaz, ale naprawdę nie chciałem żeby jej sie coś stało. Wyszedłem przez okno centralnie za facetem, uważnie obserwował okolice i inteligentnie zniżał się pod oknem żeby spojrzeć do środka. Powoli zbliżyłem się do niego aby następnie złapać go za szyje i poddusić, mocno zaciskałem uścisk, nie mogłem pozwolić żeby wydał jakikolwiek dźwiek. Gdy zaczął opadać z sił - energicznie skręciłem mu kark, jeden z głowy, pomyślałem.
Drugi facet z shotgunem kręcił się zaraz za rogiem warsztatu, kolejny przy głównych drzwiach, pewnie zaraz wejdzie do środka. Teraz szybka akcja, powiedziałem sobie w myślach, trzeba to zrobić szybko. Namierzyłem mężczyznę z shotgunem i oddałem strzał w jego głowę i klatkę piersiową. Teraz już wszyscy wiedzieli, ale w nosie to miałem, teraz liczyło sie to, żeby nikt nie wszedł do środka. Zbiliśmy sie z facetem z boku budynku, ten próbował strzelać, ale broń wypadła mu z dłoni. Zaczęliśmy okładać się pięściami po twarzach i jeden drugiego próbował powalić na ziemie. Na zmianę obrywaliśmy silnymi ciosami, krew nam ciekła z łuków brwiowych, ust, a nawet ubrania były gdzieniegdzie podarte. Miałem dwie okazje na sięgniecie broni i zastrzelenie przeciwnika, ale ten za szybko się podnosił. Kątem oka dostrzegłem dwa czarne samochody z włączonymi silnikami, nie było w nich szefa, przyjechali tylko jego "słudzy". Nagle dostałem z kolana w serce, straciłem na sekunde czujność i wróg to wykorzystał, chwilowo nie mogłem złapać oddechu. Dostrzegłem błysk noża, natychmiast wykonałem unik, gdybym tego nie zrobił to skończyłoby sie przebitą szyją. Przeciwnik zrobił kilka zamachów, które udało mi się również uniknąć. Z mojej prawej strony zauważyłem muskularnego faceta, który biegł na mnie taranem, skupiłem na nim wzrok a mój przeciwnik chwycił mnie za bluzę i wbił nóż w brzuch, a potem mocno odepchnął w tył, widziałem tylko jego wredny uśmiech na pysku. Już miałem chwycić za broń, ale drugi muskularny mężczyzna wpadł na mnie z niesamowitą siłą - drzwi wejściowe zostały wyrwane z zawiasów, potrzaskały sie na mniejsze części. Poleciałem kawałek dalej aż zatrzymałem sie pod szafą, broń wyleciała mi z rąk, przez chwile nie wiedziałem gdzie się znajduje, starałem się wyrównać oddech.
- Daj mi to - usłyszałem niski charczący głos.
Obydwoje znaleźli się blisko mnie, mieli coś w rękach, małego i srebrnego, wymieniali sie miedzy sobą czymś.
- Szef bedzie zadowolony, że w końcu zdechniesz - warknął któryś.
Usłyszałem ładowanie broni, jeden z nich wyciągnął prosto ręke przed siebie. Liczyłem oddechy, który będzie tym ostatnim? Beth, mam nadzieje, że udało ci się uciec daleko stąd, pomyślałem, nie ma cię w miejscu gdzie się chowaliśmy przed ostrzałem więc licze, że udało ci sie uciec. Nagle rozległy się dwa strzały, czy to z mojego pistoletu? Muskularny facet padł bezwładnie na ziemie zaraz obok mnie i nie dawał oznak życia. Za chwile padł kolejny strzał i drugi facet również wylądował na ziemi. Zapadła grobowa cisza, pył powoli opadał, coraz więcej krwi pojawiało się pod ciałami.
Beth stała obok wyważonych drzwi z pistoletem w dłoniach i cała się trzęsła, nie wiedziała co teraz zrobić i po prostu patrzyła na dwa trupy. Podniosłem się z trudem, przeklęte ramie znowu zaczęło krwawić, cholera by to...
- Nie patrz na to - powiedziałem - daj broń, proszę, nie musisz na to więcej patrzeć - zbliżyłem się do niej na tyle, że zasłaniałem całe wnętrze, widziałem jej spięcie, a palec na spuście niebezpiecznie drgał - już jest dobrze, spojrz na mnie - pierwszy raz w życiu spojrzałem komuś szczerze w oczy - rozluźnij ręce, nic się wiecej nie stanie - chwyciłem za lufe, czułem jak bardzo powoli schodzi z niej napięcie.
Po chwili oddała mi broń, zachwiała sie na nogach, ale złapałem ją w porę. Posadziłem ją na pobliskie krzesło, była przytomna, ale była w innym świecie. Niech ochłonie w ciszy, pomyślałem. Usiadłem obok na progu wejścia do domu, ból doskwierał, ale bardziej chciałem sie rozkoszować ciszą.
(Beth? Co ty na to?)

