Beth, to tylko zły sen, to tylko był koszmar, obudź się z niego, proszę!
Ale gdyby to był sen, to czy naprawdę oddychałoby mi się tak ciężko przez wszędobylski pył? Czy nadal miałabym ściśnięte dłonie niczym do modlitwy, które przed chwilą trzymały śmiercionośny przedmiot? Czy gdyby to był sen ja zabiłabym człowieka?
Ja, Elizabeth Sawir, ponad dwudziestoletnia fotografka zabiłam człowieka. A nawet dwóch. To brzmiało tak absurdalnie, że jakbym opowiedziała to pierwszej lepszej osobie na ulicy wyśmiałaby mnie. Nikt w życiu nie uwierzyłby, że ja, osoba, która nie jest w stanie muchy zabić zabrała życie dwóm niewinnym osobom. A może winnym? Kim oni w ogóle byli? Czego oni w ogóle chcieli? Kto normalny wbija sobie do zwyczajnego mechanika i urządza sobie strzelaninę? Powinni za to siedzieć! Ale teraz to grozi mi. Boże, czy ja pójdę siedzieć? Przecież to będzie koszmar. Cała moja rodzina się mnie wyrzeknie, a na najbliższych rodzinnych posiedzeniach głównym tematem będzie Beth w więzieniu. Przecież za podwójne morderstwo zamkną mnie na dożywocie. Przecież to kupa czasu! A co z moimi zwierzakami, przecież nie pozwolą mi ich tam wziąć. Czy ja powinnam teraz sfingować swoją śmierć, zmienić dane i wyprowadzić się najlepiej na inny kontynent? To nie wypali, powinnam od razu oddać się w ręce policji.
Im dłużej myślałam tym bardziej kołysałam się na krześle do przodu i do tyłu. Kiedy poniekąd wróciłam na ziemię poczułam, jak okropnie bolał mnie brzuch, jak bardzo było mi niedobrze i jak bardzo się trzęsę. Kompletnie nie wiedziałam ile czasu minęło od incydentu. Jedyne co wiedziałam to to, że dobrze że Jason nie widział mnie w takim stanie i nie widział tego, co zrobiłam. Gdyby się dowiedział, że posunęłam się do tego w czym specjalizował się jego brat na pewno by mnie znienawidził.
Jego brat. To on. To na pewno musiał być...
- Valerio - wyszeptałam w przestrzeń. Ciężko było mi stwierdzić czy siedziałam sama w pomieszczeniu, czy ja w ogóle jeszcze żyję ja czy ktoś jeszcze.
- Co? - usłyszałam męski głos. Jake. On żył. Poczułam jakby kamień mi spadł z serca.
- Ci ludzie. To jego ludzie, prawda? To byli słudzy Valerio.
- Nie wiem o kim mówisz.
- Oni przyszli po mnie. Mnie chcieli zabić. Miałam skończyć jak Jason - mój głos kompletnie się złamał. Łzy zaczęły niekontrolowanie lecieć, a ciało przeszła fala dreszczy. To nie oni powinni zginąć, tylko ja.
Jake wstał i położył dłoń na moim ramieniu. Spojrzałam się na niego i kiedy ujrzałam jego twarz momentalnie się otrząsnęłam.
- Ty jesteś ranny! - no co ty nie powiesz Beth. - Musimy natychmiast jechać do szpitala.
- Beth, nie...
- Przecież ty zaraz się wykrwawisz - spojrzałam na jego brzuch, na ubraniach znajdowała się wielka plama krwi. - Od tego się umiera, nie możemy tak tego zostawić, chodź zawiozę cię...
- Nie - poczułam, jak jego dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. - Nie mogę ci powiedzieć co to byli za ludzie, ale ja naprawdę nie mogę z tym pojawić się w szpitalu.
- Pozwól mi chociaż opatrzyć te rany - powiedziałam z rezygnacją po dłuższej chwili.
Dlaczego na każdego faceta, z którym się lubię, musi trafiać jakieś nieszczęście? Może to czas, by przestać zadawać się z ludźmi i na wieki zamknąć się w piwnicy.
Wstałam z krzesła i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę swojego samochodu w poszukiwaniu apteczki. Opornie szło mi otwarcie bagażnika, a gdy wracałam do budynku, omijając martwe ciała, przed progiem musiałam zwymiotować. Starałam się chociaż na moment zająć myśli czymś innym. Podeszłam do Jake'a i poleciłam mu ściągnąć górne ubranie.
Kurs pierwszej pomocy robiłam kilka lat wcześniej, jakoś przy zdawaniu prawa jazdy, więc niespecjalnie wiedziałam od czego mam zacząć. Mężczyzna chyba to zauważył i zasugerował, bym najpierw ubrała rękawiczki, które na sto procent znajdowały się w apteczce. Kiedy to zrobiłam za pomocą soli fizjologicznej (nawet nie wiedziałam, że wożę takie rzeczy w samochodzie) odkaziłam rany na twarzy i bardzo ostrożnie (co było ciężkie przy trzęsących się rękach) przejechałam po brzegach rany na brzuchu. Wyglądała okropnie, ale wcale nie krwawiła jakoś mocno, więc liczyłam, że może nóż nie uszkodził jakiegoś ważnego narządu. Po odkażeniu na większe rany założyłam opatrunki jałowe, mając nadzieję że bardziej mu nie zaszkodzę.
- Z tym brzuchem naprawdę powinieneś wybrać się do lekarza - zasugerowałam. - Twoje ramię też nie wygląda zaciekawie, ale to chyba nie jest nowa rana?
- Poradzę sobie - to wszystko co powiedział. Czy on miał jakieś powiązania z tymi ludźmi? A może on też jest gangsterem? Może to wszystko było tak przemyślane, może specjalnie mnie im wystawił? Ale czy wtedy walczyłby z nimi? To wszystko jest takie pokręcone...
- To może chociaż pomogę ci tu posprzątać?
- Beth, musisz stąd odjechać. Nie możesz tu zostać.
- Ty też nie powinieneś. A co jak przyjadą kolejni? - poczułam jak serce zaczęło mi szybciej bić. Przecież w końcu Valerio czy inny szef skapnie się, że za długo nie ma jego ludzi i przyśle kolejnych by sprawdzić co się dzieje. Siedzenie tutaj było skrajnie niebezpieczne. - Weź psy i pojedź do mnie. Tam będzie bezpieczniej, nawet na chwilę.
- Poradzę sobie, naprawdę lepiej żebyś stąd odjechała - powiedział stanowczo. - Wróć do domu i nikomu nie otwieraj drzwi, nie odbieraj telefonów.
- Obiecaj mi, że nie zostaniesz tutaj na noc.
- Nie mogę.
- Jake, proszę.
Usłyszałam kolejną odmowę. Tu chodziło o coś więcej, a ja miałam się nie dowiedzieć o co. Może to i dobrze?
- Zamów taksówkę, tylko nie na ten adres - poinstruował mnie mężczyzna. Wytłumaczył mi, że ci ludzie widząc obce auto mogli zamontować w nim lokalizator GPS. Nie wiedziałam jaki był tego cel, ale wiedziałam, że i tego się nie dowiem.
Chwilę później taksówka przyjechała, a ja byłam w drodze do swojego domu. Widząc moją niemrawą minę kierowca chciał ze mną porozmawiać, ale ja nie mogłam. Chciałam tylko wiedzieć dlaczego to wszystko się stało.
Droga do dzielnicy, w której mieszkałam dłużyła się w nieskończoność. Było już późno, na drodze niemalże nie było samochodów, a czas jak gdyby zatrzymał się w miejscu. A może taksówkarz wiózł mnie na policję? Może on wiedział co się stało i chciał odebrać nagrodę za moją głowę? Miałam wrażenie, że na moim czole wypisane jest słowo "morderczyni".
Bo tak naprawdę nią byłam.
A usprawiedliwienie, że broniłam swojego znajomego było tandetne. Kto to potwierdzi? Ci goście nie żyją, a Jake tak naprawdę może się na mnie wypiąć. Wizja przyszłości dobijała mnie.
- Już jesteśmy - usłyszałam męski głos z przodu pojazdu. - Płaci pani kartą czy gotówką?
- Kartą - westchnęłam i chwilę później jechałam windą do swojego mieszkania. Ku mojemu zdziwieniu nie zastałam w nim Emily, na stole leżał list, w którym samozwańcza współlokatorka informuje mnie o pilnym wyjeździe. Nie przejęłam się nim, w końcu Em była dorosła i mogła robić co chce.
Udałam się do łazienki, zrzuciłam z siebie ubrania i wyrzuciłam je do kosza, a sama zaszyłam się pod prysznicem, gdzie gorące krople wody zmywały brud przypominający tragiczne wydarzenia rozegrane wcześniej. Myśli w mojej głowie nie dawały mi spokoju, wmawiałam sobie, że policja na pewno mnie pojmie i do końca życia będę siedzieć w więzieniu. Miałam w sobie okropne poczucie winy, czułam, że zawiniłam samą siebie, Jasona i przede wszystkim mojego ojca. Całe życie wychowywał mnie na dobrą osobę, a ja to w jednej chwili zniszczyłam.
Czy złapią mnie za godzinę? A może jutro? Za tydzień? Czy jeżeli sprzedam mieszkanie i się ulotnię będą w stanie szybciej mnie złapać? Nie dostanę dodatkowych lat za próbę ucieczki? Nie wiedziałam co począć, jednak w tej chwili jedyne o czym marzyłam było zaśnięcie w swoim własnym, bezpiecznym mieszkaniu.
Upewniłam się, że wszystkie drzwi i okna są szczelnie zamknięte, wyciszyłam telefon i położyłam się na łóżku. Uczucie samotności okropnie mi doskwierało, byłam zagubiona i ciągle przestraszona. Przed oczami ciągle miałam scenę morderstwa, która niczym mantra wracała co chwilę by przypomnieć mi jak złym człowiekiem się stałam.
Szłam w środku nocy przez miasto, padał deszcz. Nie miałam określonego celu, spacery po zmroku były zawsze ekscytujące i przerażające na raz. Gdy zbliżyłam się do parku zauważyłam grupę ludzi, głośno płakali. Z ciekawości podeszłam do nich, a gdy usłyszeli kroki odwrócili się w moją stronę. Widząc ich twarze zamarłam - połowa z nich miała identyczne jak pierwszy człowiek, którego zabiłam, druga połowa - jak ten drugi.
- To ty nas zabiłaś! - wykrzyczeli chórem.
- Ja... nie...
- Morderczyni! Morderczyni!
Puściłam się biegiem przez park, co chwilę obracając się by sprawdzić, czy nikt mnie nie goni, lecz nagle wpadłam w jakąś osobę. Z tą twarzą. Odepchnęłam go i biegłam dalej, co chwilę potykając się o ludzi krzyczących "morderczyni".
Obudziłam się cała spocona i zdyszana. To był tylko sen. Koszmar. Był tak realistyczny, że przez dłuższą chwilę ciężko było mi dojść do siebie i zrozumieć, że jestem u siebie w mieszkaniu. Byłam bezpieczna, a nawet jeśli nie to tak mi się wydawało. Byłam bezpieczna i okropnie przestraszona. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałam było zadzwonienie do Jake'a. Od wydarzeń minęło już kilka godzin i miałam nadzieję, że wszystko z mężczyzną było w porządku. Nadzieja trwała, dopóki piąty raz z rzędu połączenia nie przerwała automatyczna sekretarka.
Jake? Odbierzesz ten telefon?