Zmrużyłem oczy, na dzisiaj już nie miałem zaplanowanych przeglądów ani też nikogo nie zapraszałem - kogo więcej miałem znać niż moją nową znajomą?
Jedynie co mi przychodziło na myśl, to dawni "koledzy", którzy zapewne chcieliby mi odstrzelić głowę albo zabawić się jak ostatnio w żywą tarcze do strzałek. Tego wam nie wybaczę, głąby, pomyślałem, zrobię wam jeszcze lepszą zabawę, ale nikt jej nie przeżyje. Holi niepewnie podeszła do drzwi, po chwili położyła uszy i wycofała się pod ścianę. Dla mnie to był już wystarczający sygnał, że nie był to nikt z dobrymi zamiarami. Postrzelone ramie wciąż dawało o sobie znać, ale przestało krwawić i to się liczyło najbardziej, jednak coś czułem, że nie obędzie sie bez kolejnego rozlewu krwi.
Drugie pukanie do drzwi brzmiało już inaczej, zupełnie jakby o drewno uderzała mocna stał. Dobrze, że jakiś czas temu wymieniłem zamek, bo poprzedni był w opłakanym stanie i jedno uderzenie nogą mogło go zniszczyć. Beth obserwowała drzwi, mnie i niespokojne psy. Oderwałem wzrok od celu i natychmiast złapałem Holi i Sully'ego za obroże, oni byli najważniejsi, byli moim całym światem.
- Zostańcie tutaj - powiedziałem do nich.
W razie jakichkolwiek kłopotów posiadałem ukryty schowek miedzy warsztatem, a domem, tam trzymałem różne kartony z rozłożonymi silnikami czy też stare rzeczy, które były mi za małe albo za duże - zwykle kończą jako ścierki do kurzu czy do czyszczenia świateł samochodu. Kiedyś rozłożyłem tam duży koc, bo w piaszczystym podłożu wciąż można było znaleźć kawałki szkła. Psy znały to miejsce, czasami chowały sie tam ze swoimi ulubionymi zabawkami albo ucinały sobie drzemke. Teraz to miejsce było schronieniem i musi spełnić swoją role. Zamknąłem solidnie drzwiczki.
- Co sie dzieje...? - spytała Beth, spięła się gdy szybko schowałem psy w małym pomieszczeniu.
Zacząłem żałować, że z kimś nawiązałem przyjazną relacje, zawsze każdego od siebie odpychałem, nie dopuszczałem do siebie, bo po prostu nie chciałem żeby potem ten ktoś musiał uczestniczyć w moich błędach przeszłości. Beth była sympatyczna i nawet ją polubiłem na swój sposób, ale za jakie grzechy ona ma za chwile mieć traume i widzieć tyle zła?
- Musisz wyjść tylnym oknem - rzuciłem - nie chce cie mieszać w to - przez nerwy oddychałem nierównomiernie i zbierało mi sie na płacz, ale w ostatniej chwili wytarłem łze rękawem.
Nagle z dworu rozległy się strzały z pistoletów automatycznych, wszystkie okna w jednej chwili zostały niczym rzucona bomba zniszczone. Złapałem Beth za ramie i skuliliśmy sie obydwoje w kącie za szafą, traktowałem ją teraz jako kogoś, kogo trzeba chronić za wszelką cene i to bez względu na wszystko. Psy były bezpieczne, my jak na razie też, strzały nie cichły, ze słuchu udało mi sie naliczyć trzy osoby, a może i cztery. Objąłem ją niemal w całości, muszę ją chronić, musze, MUSZE.
- Czemu to robią?! - niemal krzyknęła Beth z paniki, jednak głos się stłumił, bo trzymała twarz w mojej bluzie - niech przestaną...!
Byłem wściekły na siebie, tępy głupek, który zniszczy życie normalniej młodej dziewczyny z pasjom do fotografowania, debil z ciebie Jake, jesteś debilem większym niż trzeba. Najchętniej sam przystawiłbym sobie pistolet do głowy i bez namysłu pociągnął za spust, po co komu taki ktoś jak ja? Ściągam kłopoty, nic więcej.
Po około 5 minutach strzały w końcu ucichły, słyszałem doskonale jak cztery osoby wymieniały magazynki. Wnętrze mojego domu znajdowało sie w stanie rozkładu - wszystko podziurawione, popękane, albo totalnie zniszczone. W powietrzu unosił się siwy pył piasku i dymu, czułem jak przez dziury w ścianie wieje wiatr. W oczy rzucił mi się przewrócony stół, a na ziemi leżała butelka z winem, którą przyniosła Beth - cała zawartość wylała sie na podłogę....
Gdy cisza trwała już kilkanaście sekund, sięgnąłem ręką do mojego schowka w ścianie - wyjąłem z wnętrza mój pistolet, przeważnie używają ten model w policji, ale dostałem go od byłego szefa, który pewnie czeka na zewnątrz albo ugniata dupą swój czerwony i pobrudzony od papierosów fotel. Sprawdziłem magazynek, zostało mi 10 naboi, a pozostałe znajdowały sie w garażu, nie miałem szans pójść po nie gdy te dranie zapewne otoczyły budynek. Beth, gdzie ja cie mam ukryć? Nie wybaczę sobie, gdy cie choćby drasną, pomyślałem.
Ktoś kręcił się przy tylnym oknie, słyszałem kroki i nadepnięcie na kawałek szkła. Przytknąłem palec do ust i pokazałem Beth aby zachowywała się cicho, nie wiem czy w takim stresie dotarł do niej przekaz, ale naprawdę nie chciałem żeby jej sie coś stało. Wyszedłem przez okno centralnie za facetem, uważnie obserwował okolice i inteligentnie zniżał się pod oknem żeby spojrzeć do środka. Powoli zbliżyłem się do niego aby następnie złapać go za szyje i poddusić, mocno zaciskałem uścisk, nie mogłem pozwolić żeby wydał jakikolwiek dźwiek. Gdy zaczął opadać z sił - energicznie skręciłem mu kark, jeden z głowy, pomyślałem.
Drugi facet z shotgunem kręcił się zaraz za rogiem warsztatu, kolejny przy głównych drzwiach, pewnie zaraz wejdzie do środka. Teraz szybka akcja, powiedziałem sobie w myślach, trzeba to zrobić szybko. Namierzyłem mężczyznę z shotgunem i oddałem strzał w jego głowę i klatkę piersiową. Teraz już wszyscy wiedzieli, ale w nosie to miałem, teraz liczyło sie to, żeby nikt nie wszedł do środka. Zbiliśmy sie z facetem z boku budynku, ten próbował strzelać, ale broń wypadła mu z dłoni. Zaczęliśmy okładać się pięściami po twarzach i jeden drugiego próbował powalić na ziemie. Na zmianę obrywaliśmy silnymi ciosami, krew nam ciekła z łuków brwiowych, ust, a nawet ubrania były gdzieniegdzie podarte. Miałem dwie okazje na sięgniecie broni i zastrzelenie przeciwnika, ale ten za szybko się podnosił. Kątem oka dostrzegłem dwa czarne samochody z włączonymi silnikami, nie było w nich szefa, przyjechali tylko jego "słudzy". Nagle dostałem z kolana w serce, straciłem na sekunde czujność i wróg to wykorzystał, chwilowo nie mogłem złapać oddechu. Dostrzegłem błysk noża, natychmiast wykonałem unik, gdybym tego nie zrobił to skończyłoby sie przebitą szyją. Przeciwnik zrobił kilka zamachów, które udało mi się również uniknąć. Z mojej prawej strony zauważyłem muskularnego faceta, który biegł na mnie taranem, skupiłem na nim wzrok a mój przeciwnik chwycił mnie za bluzę i wbił nóż w brzuch, a potem mocno odepchnął w tył, widziałem tylko jego wredny uśmiech na pysku. Już miałem chwycić za broń, ale drugi muskularny mężczyzna wpadł na mnie z niesamowitą siłą - drzwi wejściowe zostały wyrwane z zawiasów, potrzaskały sie na mniejsze części. Poleciałem kawałek dalej aż zatrzymałem sie pod szafą, broń wyleciała mi z rąk, przez chwile nie wiedziałem gdzie się znajduje, starałem się wyrównać oddech.
- Daj mi to - usłyszałem niski charczący głos.
Obydwoje znaleźli się blisko mnie, mieli coś w rękach, małego i srebrnego, wymieniali sie miedzy sobą czymś.
- Szef bedzie zadowolony, że w końcu zdechniesz - warknął któryś.
Usłyszałem ładowanie broni, jeden z nich wyciągnął prosto ręke przed siebie. Liczyłem oddechy, który będzie tym ostatnim? Beth, mam nadzieje, że udało ci się uciec daleko stąd, pomyślałem, nie ma cię w miejscu gdzie się chowaliśmy przed ostrzałem więc licze, że udało ci sie uciec. Nagle rozległy się dwa strzały, czy to z mojego pistoletu? Muskularny facet padł bezwładnie na ziemie zaraz obok mnie i nie dawał oznak życia. Za chwile padł kolejny strzał i drugi facet również wylądował na ziemi. Zapadła grobowa cisza, pył powoli opadał, coraz więcej krwi pojawiało się pod ciałami.
Beth stała obok wyważonych drzwi z pistoletem w dłoniach i cała się trzęsła, nie wiedziała co teraz zrobić i po prostu patrzyła na dwa trupy. Podniosłem się z trudem, przeklęte ramie znowu zaczęło krwawić, cholera by to...
- Nie patrz na to - powiedziałem - daj broń, proszę, nie musisz na to więcej patrzeć - zbliżyłem się do niej na tyle, że zasłaniałem całe wnętrze, widziałem jej spięcie, a palec na spuście niebezpiecznie drgał - już jest dobrze, spojrz na mnie - pierwszy raz w życiu spojrzałem komuś szczerze w oczy - rozluźnij ręce, nic się wiecej nie stanie - chwyciłem za lufe, czułem jak bardzo powoli schodzi z niej napięcie.
Po chwili oddała mi broń, zachwiała sie na nogach, ale złapałem ją w porę. Posadziłem ją na pobliskie krzesło, była przytomna, ale była w innym świecie. Niech ochłonie w ciszy, pomyślałem. Usiadłem obok na progu wejścia do domu, ból doskwierał, ale bardziej chciałem sie rozkoszować ciszą.
(Beth? Co ty na to?)