Jake c.d. Beth

 Śnił mi się jakiś dziwny sen...nawet nie jestem w stanie go dokładnie opisać, bo nie miał żadnego sensu... Obudziło mnie szczekanie psów, ujadały jakby były czymś mocno przejęte, a to im się rzadko zdarza. Holi kręciła się w kółko i raz po raz patrzyła na biurko, chwilę się wpatrywała, a potem znowu szczekała chcąc zwrócić moją uwagę. Sully nerwowo spoglądał na mnie i na telefon....któremu migała lampka powiadomień. No tak, Beth dzwoniła kilka razy to ma prawo tak się dziać. Spojrzałem na zegarek - równo 9.00, śpie coraz krócej, pomyślałem, muszę odpuścić sobie ze trzy nocki to wtedy bede spać jak zabity...hehehe jak zabity, śmieszne serio. 

Zwierzaki wciąż były niespokojne, zastanawiałem się o co im chodzi, nie są głodne, bo wtedy obydwoje staliby z miskami, a teraz zupełnie jakby chcieli zwrócić moją uwagę na coś. Nagle Holi stanęła na tylnych łapach i zrzuciła mój telefon na dół. 

- Naprawdę mam jej się narzucać? - spytałem

Suczka zaczęła szczekać na komórkę i drapać ją pazurami. Zależało jej bardzo, ale na czym?

- Myśle, że nie chce mnie znać po ostatnich wydarzeniach - powiedziałem do Holi - mam jej oddzwonić? - spytałem ostatecznie

Odezwali się obydwoje jednocześnie, to już znaczyło stanowcze tak, nie miałem wyboru. Podniosłem telefon i zmrużyłem oczy, zesztywniałem na widok dziwnie znajomego numeru. Teraz serio zwątpiłem czy chce otwierać wiadomość, jeśli to jest numer tych zbirów to znowu będą mnie gnębić żeby do nich wrócić i zapomnieć o wszystkim co było. Szef cały czas mnie chce z powrotem, bo jako jedyny kiedyś potrafiłem go ochronić przed nożownikiem, mam najwyższą range i potrafie wyciągnąć wszystkie informacje od każdego. Kicham na to wszystko, chce wieść spokojne życie. 

Z wielkimi wątpliwościami otworzyłem wiadomość i się nie myliłem - to byli oni, tylko, że bardziej zatkało mnie zdjęcie Beth zakutej w kajdany. Serce mi zaczęło walić jak szalone, oblały mnie zimne poty, naprawdę skończe ze sobą jak tylko Beth będzie bezpieczna w swoim domu, odejść ze świadomością, że ona będzie cała i zdrowa będzie najlepsze dla mnie. Ściągam tylko kłopoty i nieszczęścia na innych, brawo, bierz się teraz do roboty durniu. 

Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie, jej bezradność w oczach...niech ci tylko coś zrobią, pomyślałem. Mogłem jeszcze tylko wywnioskować, że nie miała na sobie żadnych siniaków ani zadrapać, o dziwo potraktowali ją łagodnie, ostatnio ze mnie zrobili sobie tarcze do strzałek i nie mogłem liczyć na taryfe ulgową. Wiadomość wysłali o godzinie 6.35, około 2.5 godziny temu, na razie dadzą jej spokój, ale po 5 godzinach od porwania zaczną ją przesłuchiwać co o mnie wie. 

Chwyciłem plecak, miałem w nim wszystko co potrzebne na każdą okazje, ale kuł mnie widok wciąż nieużywanych trzech strzykawek z naciągniętą kokainą, chciałem je już wiele razy wywalić, zniszczyć, podrzucić komuś, ale dawny nawyk nie pozwalał mi na to. Kiedyś były dla mnie zbawieniem żeby po prostu zapomnieć o wszystkim - ściskanie w sercu, odwieczne bóle głowy od natrętnych myśli czy nawet sposoby na wykończenie siebie, te niewielkie dawki potrafiły mnie uspokoić i zapomnieć. Obiecałem sobie nigdy więcej ich nie używać, ale zaistniała sytuacja może doprowadzić do złamania tej obietnicy w nadmiarze. 

Spakowałem swój pistolet, shotguna, linę holowniczą, nóż survivalowy, obcęgi i wodę, Beth pewnie jest spragniona, ci dranie stosują metody głodówki i odwodnienia. W sumie sam stosowałem takie metody, tylko, że były bardziej okrutne. 

Zostawiłem psom otwarte drzwi od domu i warsztatu, niech mają swobodę, przynajmniej oni będą się świetnie bawić. Odprowadzili mnie do samochodu, merdali wesoło ogonami jakby się cieszyli z mojej determinacji albo, że spojrzałem na ekran telefonu. Wrzuciłem plecak i dodatkową torbe z granatami (znalazłem je w starym bunkrze za miastem). 

- Będziecie grzeczni? - spytałem 

Psy nastawiły brody i tyłki do drapania jak miały w zwyczaju, miałem ochotę im podziękować za wszystkie dni spędzone razem i za "dogoterapie", ale byłem przekonany, że zasługują na kogoś lepszego i weselszego... Przytuliłem każdego z osobna szepcząc do ucha same miłe słowa, a potem wsiadłem do auta i wyjechałem na główną drogę. Rzuciłem okiem jeszcze w lusterko, dojrzałem jeszcze z oddali jak zwierzaki położyły się obok siebie. Zawsze tak robią, gdy jadę gdzieś do miasta, bo wiedzą, że wróce, a teraz sam nie wiem jak to będzie. 

Godzina jazdy na północny-zachód, zmrużyłem oczy na sam widok miasta i poczułem ogromny wstręt do niego. Każdy budynek liczył sobie tutaj ze 30 lat i nikt nie miał ochoty ich odnowić. Od mojego odejścia praktycznie nic się nie zmieniło, nawet nikt nie naprawił wygiętego znaku stop przed przejściem dla pieszych przy niedziałającym spożywczaku. Domyśliłem się, że już na mnie czekają, widok niewielkiego pałacu w opłakanym stanie mnie obrzydził, naprawdę nie miałem ochoty tam wracać, ale nie będą się zabawiać Beth. 

Zaparkowałem na moim dawnym prywatnym miejscu, czułem się jakbym przyjechał do pracy i za chwile dostanę namiary na kogoś kto oszukał szefa i mam z niego wydobyć najdrobniejsze szczegóły albo za chwile jedziemy na spotkanie i mam być jego zaufanym ochroniarzem, rzygać mi się chce na samą myśl. Zabrałem plecak z tylnego siedzenia i wyszedłem na zewnątrz, ktoś nagle coś zaczął mówić za moimi plecami. Mówił tak niewyraźnie, że jak na niego spojrzałem to zwątpił, a ręka trzymana na broni stała się jak z waty, to był Caleb, mój pomocnik przy przesłuchaniach, wiele razy słyszałem od niego, że przesadzam i, że jestem potworem. Moje metody go przerażały na tyle, że zarządał przeniesienia do innej grupy. 

- Strzelisz czy się zeszczasz w gacie i będę musiał cię przewinąć? - rzuciłem 

- Zamknij się...Szef chce cię widzieć - odwrócił wzrok, jakby mógł to odwróciłby się na pięcie i odszedł w swoją stronę - mam nadzieje, że cię szybko sprzątnie 

- Też mam taką nadzieje - mruknąłem 

Skrzypiące schody prowadziły na piętro, czerwone ściany wprowadzały poważną atmosferę, gdzieniegdzie widniały ślady krwi, tutaj to normalna rzecz. Pierwsi członkowie pojawili się kawałek dalej, ci co mnie pamiętali to schodzili na bok, doskonale wiedzieli na co mnie stać mimo upływu lat. Dostrzegłem też dużo nowych twarzy, młodzi, niedoświadczeni chłopcy, którzy chcą  poczuć przypływ adrenaliny. Jeden z nich właśnie stanął mi na drodze, zrobił kamienną twarz i myślał sobie, że mnie to wystraszy, grubo się mylił. 

- Ty niby jesteś tym najlepszym? - zadrwił - jak dla mnie jesteś bezużytecznym śmieciem, nie boje się ciebie - splunął na ziemie obok mojego buta i zaśmiał się obraźliwie 

Wzrok niektórych jego kolegów mówił wyraźnie żeby się odsunął, bo pożałuje. Młodzik wciąż się nabijał, co mnie wcale nie ruszało. Gdy tylko się zbliżył, szybkim ruchem chwyciłem go za szyje i przydusiłem do ściany aż nie mógł złapać oddechu. Walczył o każdy oddech, zaczął robić się siny, ale stwierdziłem, że skończe z nim kiedy indziej i po chwili osunął się na podłoge. Czy wszyscy się tak mnie bali, że nikt nie zareagował? Co im szef naopowiadał? 

- Przyszedł 

Spojrzałem na faceta, który otworzył drzwi na końcu i czekał aż wejde do środka. Na bocznych schodach zwrócili moją uwagę dwoje kolesi, posyłali mi szydercze uśmieszki, czy oni mają coś wspólnego z Beth? Może to nowe nabytki szefa niewiele po moim odejściu? Zapach tytoniu ciągnął się po całym korytarzu, drażniło mnie to okropnie. Ledwo stanąłem w wejściu, szef stanął przy biurku i nalał dwie szklanki whisky, to taki jego zwyczaj powitania. 

- Siadaj i się rozluźnij - zachęcił - nikt cie skrzywdzi taj jak niedawno u ciebie

Przewróciłem oczami, gdyby tylko mnie nie ogłuszyli to bym cię wypatroszył, pomyślałem. 

- Obstawiam, że jeśli ci powiem, że wciąż jesteś mile widziany w naszych skromnych progach, to odmówisz od razu - zaczął - ci wszyscy durnie nie potrafią tak  rządzić i siać grozy jak ty - wskazał na mnie z powagą

- Owszem odmówie - powiedziałem bez zainteresowania 

- Nic się nie zmieniłeś - mruknął - zrobimy to inaczej - wyciągnął zdjęcie Beth przykutej do grubej rury - wciąż mi się nie chce wierzyć, że taki okrutny i samotny dupek jak ty znalazł se dziewczyne i tylko dla niej tutaj przyjechałeś - zaśmiał się, ale za chwilę spoważniał - skoro tak ci na niej zależy to będziesz musiał mi się odpłacić - trzasnął zdjęciem o stół - lubie cię i szanuje, ale zasady to zasady.... Vamos!

Pięciu rosłych mężczyzn weszło do pokoju i stanęło za mną. 

- Nikt z was nie jest w stanie mnie złamać, wiecie dobrze - wzruszyłem ramionami 

- To się okaże - parsknął jakiś oblech i powalił mnie na podłoge

Pozostali rozdarli mi koszulke na strzępy, doskonale wiedziałem co za chwilę będzie, ale dążę do tego żeby mnie zamknęli w piwnicy, tam na stówe trzymają Beth, potem już się coś wymyśli. 

- Żal mi tak dobrej sztuki, ale nie pochwalam odejścia od nas tak bez zapowiedzi - powiedział szef biorąc łyk whisky - zaskoczony jestem tak odważnej decyzji, ale czy warto bylo dla tej chwili? Należy się 10 razy - skończył gadać i rozsiadł się na swoim nabitym fotelu

Dźwięk bata z ostro zakończonymi końcówkami zabrzmiał na podłodze, dwoje facetów trzymało mnie tak mocno, że miałbym kłopot z wyswobodzeniem się. Pierwsze trzy uderzenia były bardziej bolesne, czułem jak po ciele przechodzi mi prąd i po plecach cieknie krew, kolejne nie były już aż takie dokuczliwe, jedynie zaciskałem zęby, ale nie dałem się powalić kolejny raz. 

- Zamknijcie go na jakiś czas na dół - rozkazał szef - to twarda sztuka, ale każdego idzie złamać - zajął się pisaniem papierów, zapewne na przemyt - przynieście potem dziewczynę

- Po co ci ona? - mruknąłem, obraz mi się zamazywał 

- Miło z nią porozmawiam o interesach - nie oderwał wzroku od papierów - widać zależy ci na niej, to naprawdę pożyteczna wieść, bo nigdy nie miałeś słabych punktów, a teraz spójrzcie tylko - uśmiechnął się złośliwie  

Dwóch co mnie trzymało również zatargało mnie do piwnicy, znajomy korytarz, którym ja sam prowadziłem ludzi na przesłuchanie, jak role mogą się szybko odwrócić...Z jednego byłem bardzo ucieszony i spokojny, bo podczas sprzeczki z młodzikiem wyjąłem mu klucze z kieszeni, a one pasują do każdego zamka, więc wszystko nimi otwore.

- Chcesz może ciepły kocyk? - zadrwił jeden z nich 

- Daj spokój - uciszył go drugi, wie na co mnie stać, bo kiedyś mu zmiażdżyłem trzy żebra podczas bójki

Przypięli mi ręce do rury, tak jak Beth.

- Nie uciszaj mnie, co on ci może zrobić? Teraz możemy z nim zrobić wszystko co on nam - warknął i wyciągnął pistolet - mam ci uświadomić, że jest bezsilny?!

- Zamknij się i idź - wyrwał mu broń z ręki i popchnął w stronę drzwi - za dużo wypiłeś

Zrobiła się cisza,  zaczęło mi się robić zimno od ran, ale bardziej mnie interesowało gdzie jest Beth. Musi tutaj być. 

- Beth? - spytałem głośniej dla pewności


(Beth, jestes tu?)

Pauu Lina krytyczna biel