Brak jakiejkolwiek odpowiedzi ze strony Jake doprowadzał mnie do okrutnego ataku histerii. Znałam go tak krótko, skąd ja mogłam wiedzieć, czy za moment nie zapuka do mnie policja z nakazem aresztowania? Tyle się słyszy o mężczyznach, którzy wykorzystują kobiety w celu zdobycia różnych dóbr; fakt, o przypadku wykorzystania w celu morderstwa co prawda nie mówiono, ale hej - ktoś przecież musi być tym pierwszym, co nie?
Za oknem słońce leniwie wisiało już nad horyzontem. Nastał nowy dzień, dzień w którym jeszcze nikogo nie zabiłam. Na mojej lodówce powinnam zapisywać każdy kolejny dzień bez morderstwa. Po ponad dwudziestu latach nadszedł moment, że musiałabym od nowa wpisać 0. Czy jak będę w więzieniu pozwolą mi trzymać tablicę magnetyczną? A może będę zmuszona wydrapywać paznokciami w ścianach kreski?
Im dłużej myślałam, tym bardziej wpadałam w paranoję. Nie potrafiłam podjąć sensownej decyzji, a kiedy przez okno docierał do mnie dźwięk pojazdu uprzywilejowanego włosy stawały mi dęba, a mózg kazał szukać kryjówki. To musiała być kwestia chwili, kiedy dwóch, albo i więcej (może przystojnych) policjantów skuje mnie kajdankami i wyprowadzą mnie z mojego własnego mieszkania. A może ja powinnam uciekać?
W tamtej chwili ucieczka brzmiała jak jedyne rozwiązanie z tej sytuacji. Bez konkretnego planu wpadłam do swojego pokoju i zaczęłam pakować swoje najpotrzebniejsze rzeczy - kilka par koszulek i spodni, jakieś skarpetki niedobrane w parę, bieliznę i ręcznik. Przy okazji wrzuciłam kosmetyki i szczoteczkę, a także laptopa z zasilaczem. Kompletnie nie myślałam o tym, że przecież ze sprzętem łatwiej jest kogoś namierzyć, ale to nie miało wtedy większego znaczenia. Zamówiłam taksówkę, a w oczekiwaniu na nią zaczęłam przeglądać loty. Nie mogłam tu zostać, nie mogłam lecieć do nikogo ze swojej rodziny. Byłam zdana tylko na siebie, musiałam przestać być Elizabeth Sawir.
Kiedy taksówka zjawiła się pod moim blokiem w pośpiechu wybiegłam z mieszkania. Wchodząc do windy nieco zestresowana przywitałam się z nieznajomym mężczyzną (pewnie nowym sąsiadem) i lekko stukając nogą zjechaliśmy w ciszy na sam dół. Kiedy wsiadłam do taksówki, gość z windy niepokojąco na mnie spoglądał. A może był prywatnym detektywem i mnie śledził? Trzasnęłam drzwiami i poprosiłam kierowcę, by jak najszybciej odjechał, a gdy spytał się mnie o destynację końcową krzykiem kazałam mu ruszyć przed siebie. Najważniejsze było, by nie zostać w tym mieszkaniu. W końcu jeżeli na zawsze zostałabym na jakiejś pustyni czy w dżungli na pewno nikt by mnie nie znalazł. Ale dlaczego Jake nie odbierał ode mnie telefonu? Może nie chce mi powiedzieć, że tamci wrócili po niego i mu coś zrobili? Albo porwali go? Może policja go zabrała?
- Czy pani w końcu mi powie dokąd jedziemy? - niemile odezwał się do mnie taksówkarz. Staliśmy akurat na czerwonym świetle, a znajdowaliśmy się na obrzeżach miasta.
- Na lotnisko w... - nie mogliśmy przecież jechać na lotnisko Avenley. Na miejscu policji, która odkryłaby moją nieobecność w mieszkaniu pierwszą rzeczą byłoby udanie się na lotnisko czy stację kolejową. - Proszę wybrać lotnisko, ale nie może być Avenley.
- Szanowna pani, to będzie z osiemdziesiąt jak nie więcej kilometrów, przecież to..
- Wiem co mówię, za wszystko panu zapłacę. Proszę jechać. I proszę, niech pan nie jedzie głównymi drogami.
Kierowca wzruszył ramionami i wbił w nawigację destynację, zaznaczając przy tym opcję omijania większych miast. Z osiemdziesięciu kilometrów zrobiło się dobre sto dwadzieścia, ale nie to dla mnie było najważniejsze. Liczyło się to, by nikt mnie nie widział, a pieniądze w tej chwili nie miały większego znaczenia.
Z radia samochodu od dłuższego czasu wydobywał się dźwięk kilku, na przemian puszczanych piosenek AC/DC. Słuchanie tego w kółko było okropnie męczące, więc wyciągnęłam słuchawki i puściłam sobie album zespołu Jasona. Mimo, że po zaginięciu mężczyzny reszta chłopaków porzuciła muzyczne kariery, ja dalej kochałam wracać do tych utworów. To był jedyny sposób, by jakkolwiek usłyszeć głos mojej miłości. Gdyby on wiedział, że zamordowałam dwóch mężczyzn na pewno nie chciałby mnie już więcej znać. Elizabeth, do czego ty doprowadziłaś swoje życie?
Wykorzystując fakt, że w dłoniach trzymałam swój telefon uznałam, że dobrym pomysłem będzie napisanie do Jake. Nawet jeśli olewał moje telefony, to wiadomości nie sposób jest zignorować. Ale co powinnam mu napisać? Że nie powinien więcej się do mnie odzywać, bo jestem morderczynią i skoro ich zabiłam to mogę jeszcze to zrobić? Że postanowiłam uciec niczym tchórz zamiast stawić czoła temu co mnie czeka i ponieść konsekwencje swoich czynów? Żadne rozwiązanie nie było dobre. "Hej, Jake, z tej strony Beth. Miałam ciężką noc, ale jest już lepiej, lecz muszę trochę odpocząć. Nie będzie mnie w mieście przez najbliższy czas. Samochodami zajmie się Emily, odbierze wóz z twojego podwórka jak tylko znajdzie..."
W pisaniu wiadomości do mechanika, którego nawet polubiłam przerwało mi ostre hamowanie taksówki. W ostatniej chwili złapałam się za uchwyt, ale i tak uderzyłam nieco głową o fotel przede mną. W szoku wyciągnęłam słuchawki z uszu i spojrzałam przez przednią szybę pojazdu - wielki, czarny mercedes zajechał nam drogę i gdyby nie refleks kierowcy wpakowalibyśmy się w cały jego bok. Nim się obejrzałam jeden z byczków siłą wyciągnął taksówkarza z pojazdu, a dwóch innych otworzyło tylne drzwi w celu wyciągnięcia... mnie?!
- Puszczaj! - zaczęłam krzyczeć, kiedy wielgachne ręce objęły mnie w talii. Pomimo stawiania oporu (co prawda złapałam się aż za uchwyt nad drzwiami, co można do tego zaliczyć) facet wyciągnął mnie z auta. Wierzgałam się ile mogłam, ale na nic to. Nie zapowiadało się, by wolność została mi oddana.
- Witaj, panienko Sawir - odezwał się ten co stał po drugiej stronie samochodu. Rozpoznałam w nim mężczyznę, który jechał ze mną windą zanim wsiadłam do taksówki. Skąd on wiedział jak się nazywam i gdzie mieszkam? To musiał być albo policjant, albo detektyw. Albo jeszcze ktoś inny, ale czego ktoś inny by chciał ode mnie?
- Ja wiem, że złamałam prawo i to nie raz - zaczęłam się tłumaczyć, co przychodziło mi z trudem, bo ciężko było złapać mi powietrze. Owłosione łapy byczka ściskały mnie zbyt mocno. - Ale to nie jest tak, że ja teraz uciekam, jadę tylko na krótki urlop tak, przecież jakbym wiedziała to bym się sama stawiła na komendę, prawda?
- Jesteś taka głupia... - prychnął ten z windy. - Naprawdę myślisz, że mamy cokolwiek wspólnego z psiarnią?
Pokręciłam głową, ale żaden z nich się więcej nie odezwał. Podszedł do nas ten co wcześniej wyciągał taksówkarza i skuł mi dłonie. Zaraz po tym zostałam wrzucona w otwarty bagażnik mercedesa.
- Nie próbuj wzywać pomocy ani uciekać, bo i tak ci się to nie uda - powiedział jeden z nich i zamknęli klapę. Wsiedli do pojazdu i z piskiem opon ruszyli przed siebie w nieznanym przeze mnie kierunku. Byłam przerażona, ale gdzieś z tyłu głowy martwił mnie los mojego bagażu. W końcu na tym laptopie znajdowały się naprawdę ważne dla mnie rzeczy.
***
Po nie wiem jak długim czasie jazdy samochód w końcu zatrzymał się, a chwilę później ten byczek, który nazywa się lub nosi ksywę Bob przerzucił mnie przez swoje ramię jak gdybym była workiem ziemniaków. Pewnym krokiem zaczął iść w stronę budynku, a po paru chwilach znaleźliśmy się w - jak domniemałam - piwnicy. Moja prawa ręka została rozkuta, ale tylko po to by druga obręcz została przykuta do metalowej rury. Pachniało tam stęchlizną, a podłoga na której siedziałam była nieprzyjemnie wilgotna.
- Jeśli będziesz z nami współpracować nie stanie ci się krzywda - powiedział jeden z mężczyzn. - Ale jeśli jakkolwiek zaczniesz się buntować ta sytuacja nie skończy się dla ciebie dobrze.
Okej Elizabeth, to tylko zły sen, zaraz się z niego obudzisz, nie panikuj, wszystko będzie dobrze, wystarczy że uszczypniesz się w udo i zaraz będziesz w swoim łóżku. AŁA! Dlaczego to nie działa? Beth, ocknij się!
- A teraz z łaski swojej zadzwoń do swojego kochasia i wymuś na nim spotkanie.
- Przecież Jason nie..
- Nie on idiotko. Jake mówi ci coś? W końcu byłaś u niego wczoraj, nie? Nie pamiętasz co się stało?
- Ale my nie...
- Skończ pierdolić i dzwoń do niego!
Rzucił mi telefon, a kiedy miałam problem z odblokowaniem go gość wyciągnął pistolet. Poczułam wielką gulę w gardle i wybrałam numer do Jake. Niezbyt się zdziwiłam, że i tym razem nie odebrał połączenia.
- Nie odbiera.
- W taki sposób chce się z nami bawić - wyszeptał do pozostałych jeden z nich. - Oddawaj telefon, suko.
Położyłam urządzenie na ziemi i popchnęłam je w stronę.. oprawców? W sumie jeszcze mi nic nie zrobili. Porywaczy? O, to brzmiało już lepiej. Bardziej do nich pasowało.
Rozległ się dźwięk robionego zdjęcia, a flesz na moment oślepił mnie.
- Twoja fotka właśnie w tej chwili leci do twojego chłopaka - zarechotali. - Módl się, żeby przyjechał tu niedługo, bo inaczej...
Nie skończyli, a ja poczułam jak moje serce bije coraz mocniej w panice.
Jake?